
Od redakcji! Autorem tekstu jest Alicja Nowak – zob. https://gorliceiokolice.eu/tag/alicja-nowak/. Tekst został opublikowany w wersji oryginalnej. Zdjęcie tytułowe, które dowodzi słów Alicji Nowak, że nad „Miastem Światła” „unosi się gęsty mrok”, zostało zacytowane ze strony – zob. https://www.gorlice.pl/pl/220/18146/gorlice-miasto-swiatla-jasny-cel-podrozy.html
xxx
Nie tak dawno temu, w urokliwej kotlinie, gdzie kapryśna Sękówka wpada w ramiona równie kapryśnej Ropy, lokalne elity dokonały epokowego odkrycia: praworządność jest pojęciem względnym. W krainie tej, spowitej cieniem Magury Małastowskiej, wielkie słowa o sprawiedliwości brzmią czasem jak żart rodem z dawnej epoki: „ciemny lud wszystko kupi”. Prawo nie zawsze kieruje się tu kodeksami. Bywa, że znacznie lepiej radzi sobie jako wygodny parawan, za którym można bezpiecznie schować swoich.
STRATEG I JEGO ZAMIEJSCOWY DWORZANIN
Fabuła tej opowieści zaczyna się od wybitnego stratega władającego samorządnym księstwem. Zapragnął on mieć sprawny i bezwzględnie posłuszny dwór, do którego poddanych dobierał nader starannie. Wybór padł na dawnego kolegę. Fakt, że kandydat nie wpisywał się w reguły naboru – bo jego ród zamieszkiwał poza granicami księstwa – nie stanowił dla władcy większej przeszkody. Jego potęga była wszak wielka, a dodatkowo podparta wiernością oddanych sług. Wyjątkowo użyteczna okazała się lokalna Temida. Ta, zamiast jak zwykle ważyć racje na swojej szali, potrafiła dla swojego pana dokonywać prawdziwych cudów. Przepisy, spisane rzekomo dla dobra ludu, zaczęły przypominać plastelinę. Można je było ugniatać, rozciągać i formować według bieżącej potrzeby. Dzięki temu władca stworzył dwór, o jakim inni mogliby tylko pomarzyć. Kodeksy poszły w kąt, ustępując miejsca jednemu, znacznie prostszemu prawu: woli suwerena.
DESTYLACJA PRAWA NA GORLICKIM RYNKU
Tym sposobem kolega władcy, czerpiąc zyski z księstwa, w którym – według dostępnych dokumentów – nie mieszkał, zasiadł w jego naczelnej radzie. Urzędnicy z pełną powagą uznali najwyraźniej, że skoro kandydat wpadał czasem do znajomych na kawę, to skreślenie go z listy wyborczej byłoby bezdusznym zamachem na święte zasady koleżeństwa. W ten sposób prawo ustanowione dla całego królestwa straciło moc w granicach jednego księstwa. Towarzyska lojalność stała się tarczą dla tego, co krytycy dworu uznawali za nieuczciwość jednowładcy i jego stronników. Ci zaś co innego przysięgali, a co innego czynili. Kodeksowa definicja miejsca zamieszkania stała się w ich rękach plasteliną. „Zamieszkiwanie” przestało być kwestią spania, płacenia rachunków czy prowadzenia codziennego życia. Stało się stanem ducha, polityczną aurą i – w razie potrzeby – chwilową wyborczą potrzebą. A choć coroczne oświadczenia majątkowe i zeznania podatkowe, składane pod rygorem odpowiedzialności karnej, zdawały się opowiadać zupełnie inną historię, na dworze położonym przy głównym Rynku przymykano na te niuanse oczy. Tuż obok pomnika Ignacego Łukasiewicza, zamiast pożytecznej destylacji nafty, uprawiano bowiem znacznie bardziej dochodową destylację prawa.
BUNTOWNIK W TRYBACH URZĘDOWEJ MACHINY
Wybory minęły, mandaty rozdzielono, a system ogłosił kolejny wielki sukces. Znalazła się jednak osoba, która postanowiła zakłócić tę sielankę. Podniosła bunt i przeciwko wyborczemu przedstawieniu złożyła oficjalny protest. Niespodziewanie dla władcy protest okazał się skuteczny. Cios w autorytet dworu nie mógł przecież ujść bez reakcji. Ruszyła więc urzędowa machina i odpalono protokół samoobrony. Sąd pierwszej instancji, wykazując się niemal dziecięcą, staroświecką prawością, ustalił, że kandydat nie spełniał warunków, a podany adres zamieszkania jest fikcją. Wtedy jednak do akcji wkroczył emerytowany, lecz w okresie wyborów niezwykle kluczowy krewny sekretarza księstwa. Urzędnicza etyka zniknęła w czarnej dziurze, głębszej niż dawne karpackie szyby naftowe. Wybrańcy mieszkańców, zamiast naprawić błąd, wybrali rozwiązanie znacznie prostsze: sprawdzoną, kompromitującą ciszę.
NIEISTNIEJĄCE PRARAGRAFY JAKO TARCZA ABSOLUTNA
Apelacja stała się drogą do uciszenia buntownika. Sąd wyższej instancji, niczym polityczny taran – tak przynajmniej wyglądało to oczami rozgoryczonego skarżącego – powołał się na sztywne, choć wcześniej anulowane przepisy Kodeksu wyborczego dotyczące terminów wnoszenia skarg. Nieistniejący już paragraf okazał się więc wyjątkowo skuteczną tarczą. Skargę można było odrzucić bez merytorycznego badania sprawy, ponieważ rzekomo wpłynęła po terminie, który – jak twierdzili krytycy rozstrzygnięcia – wcześniej uległ zmianie. Fakt, że dane kandydatów były dla obywateli trudno dostępne, a część informacji wyszła na jaw dopiero po otwarciu urn, uznano najwyraźniej za szczegół, który nie zasługiwał na przesadne zainteresowanie. I tak narodziła się nowa zasada księstwa: jeżeli procedura pozwala nie zobaczyć problemu, problem można uznać za niewidzialny. Buntownik, wciąż nie rozumiejąc tej wyrafinowanej kpiny, udał się do panów w togach z czerwonymi żabotami. W zawiadomieniu wskazywał również na przepisy Kodeksu karnego dotyczące składania fałszywych oświadczeń, zatajenia prawdy oraz przestępstw przeciwko wyborom. Wszak dworzanin złożył uroczyste ślubowanie, przysięgając wierność księstwu, w którym – według przedstawianych dokumentów – miał nie mieszkać. Której miejscowości tak naprawdę obiecywał służyć – do dziś pozostaje zagadką godną najlepszych kronikarzy.
EPIDEMIA ŚLEPOTY I MILCZENIA ZA ZŁOTE DIETY
Czy władca i sekretarz księstwa, jako etatowi strażnicy prawa, naprawdę nie widzieli problemu? Według bajki widzieli. Widzieli doskonale. Ale na potrzeby dworu przepisy trzeba było przecież elastycznie rozciągać. Dokumentacja innego radnego – z zawodu nauczyciela – leżała na urzędowych biurkach, niemal parząc w oczy. Jak to jednak w bajkach bywa, urzędnicy na życzenie księcia zapadli na nagłą ślepotę i głuchotę. Czy była to zwykła niekompetencja, czy może wyrachowana próba ochrony politycznego podwórka? Tego bajka nie rozstrzyga. Schowani za biurokratycznym murem urzędnicy nie spieszyli się jednak z odpowiedzią mieszkańcom, jak długo zamierzają tolerować w radzie ludzi, których mandat budzi tak poważne wątpliwości. Patrząc na wcześniejsze dokonania dworu, można było odnieść wrażenie, że odpowiedź brzmi: do końca kadencji. Wszak kilka lat wcześniej podobny manewr miał już przynieść pożądany spokój. W tym festiwalu milczenia oskarową rolę odegrał przewodniczący rady księstwa. Jako kapitan tego samorządowego Titanica musiał doskonale wiedzieć, że kolega władcy po każdych obradach opuszcza granice księstwa, by wrócić do swojego dworu położonego poza jego granicami. Potwierdzały to zresztą oświadczenia majątkowe jego kolegi. Przez lata – o ironio – podawał w nich jedynie adres zamieszkania poza granicami księstwa. Świadczyło to może o pewnej dokumentacyjnej szczerości, lecz zarazem o wyjątkowo słabym wyczuciu politycznego humoru. Przewodniczący, zamiast stanąć na straży godności mandatu, wdrożył autorski program: „Milczenie jest złotem”. Trudno było się dziwić. Dieta radnego znacznie przewyższała jego emeryturę, więc rachunek ekonomiczny – przynajmniej w tej bajce – wydawał się wyjątkowo prosty. Choć Kodeks wyborczy przewiduje w takich sytuacjach określone obowiązki, przewodniczący najwyraźniej uznał, że lojalność wobec układu stoi wyżej niż nudne paragrafy, których być może nawet nie miał ochoty czytać.
CHOCHOLI TANIEC I TELEPORTACJA NIERUCHOMOŚCI
Tym sposobem książę, sekretarz i przewodniczący stworzyli zgrane trio. Odtańczyli chocholi taniec nad grobem przepisu o niedopełnieniu obowiązków przez funkcjonariusza publicznego. Artykuł, który teoretycznie miał chronić obywateli przed urzędniczą znieczulicą, w tej części księstwa został sprowadzony do roli dekoracji. Ignorowanie prawa zaczęło przypominać wyższą formę lokalnej dyplomacji. Aby ostatecznie uratować sytuację, pojawił się zaczarowany ołówek. Dzięki niemu dokonano magicznych korekt w oświadczeniach majątkowych, w których – niczym w filmie science fiction – nagle „teleportowała się” nieruchomość znajomych wraz z jej adresem. W księstwie prawa nawet nieruchomości najwyraźniej potrafiły zmieniać miejsce zamieszkania.
GŁĘBOKA ANALIZA BIURKOWA, CZY ŚWIĘTY SPOKÓJ ŚLEDCZYCH
Strażnicy prawa w czerwonych żabotach podeszli do sprawy z iście stoickim spokojem. Zamiast marnować czas na nadmierne bieganie, zabezpieczanie dokumentów czy przesłuchiwanie świadków, uruchomili procedurę, którą kronikarze nazwali „głęboką analizą biurkową”. Przepisy pozwalające odmówić wszczęcia postępowania, jeśli nie dopatrzono się znamion czynu zabronionego, stały się wygodnym sposobem na zachowanie świętego spokoju. Jednym pociągnięciem pióra można było zakończyć sprawę, nie wstając nawet z fotela. Po co bowiem psuć krew tak zacnym ludziom, skoro procedury pozwalają wszystko elegancko zamieść pod dywan?
GĘSTY MROK NAD MIASTEM ŚWIATŁA
Czas mijał. Od wyborów upłynęły już ponad dwa lata. Bohaterowie tej opowieści nadal funkcjonowali w systemie, który – zdaniem jego krytyków – skutecznie chronił ich przed konsekwencjami kolejnych kontrowersji. A diety płynęły. Czy biurokratyczna machina wyda kiedyś sprawiedliwy wyrok? Śmiem wątpić. Wykorzystana Temida przeciera oczy ze zdumienia. Cierpi, gdy mocodawcy coraz mocniej zaciskają opaskę na jej oczach, a ręka mdleje od ciężaru niesprawiedliwej szali. „Krótka rozprawa między wójtem, panem a plebanem” Mikołaja Reja jest w tym księstwie wiecznie żywa. Prawo jawi się tu niczym fikcja, uderzająca z całą surowością wtedy, gdy szary człowiek zapomni zapłacić groszowy podatek. Kiedy jednak w grę wchodzi polityczne wsparcie i lokalna pajęczyna powiązań, bezprawie może nagle awansować do rangi najwyższej cnoty proceduralnej. Nad doliną, w której zapłonęła pierwsza na świecie uliczna lampa naftowa, nie rozbłysło jednak światło prawdy. Nad miastem unosi się gęsty mrok. Z miejskiego rynku widać tylko gorejące ze wstydu lice Prawa. Sprawiedliwość została tu niemal prawomocnie uznana za przedawnioną, a dumna nazwa Miasto Światła brzmi dziś jak wyjątkowo udany primaaprilisowy żart. A być może pewnego dnia to osobliwe księstwo zapisze się w kronikach pod nazwą, która od dawna sama ciśnie się na usta: Gor-Lice.
Alicja Nowak




[Zbanowano – M.R.]
Komentatorze „Iga”, inwektywą łatwo szermować. Wypadałoby zmobilizować szare komórki do wysiłku i chociaż uzasadnić obelgę…
Maciej Rysiewicz
[Zbanowano – M.R.]
Komentatorze „Iga”, jako czytelnik twojego wpisu oceniłem go jako obelżywy i po kolejnym wpisie zdania nie zmieniłem. Próbujesz wykręcić się sianem.
Ciągle brak uzasadnienia.
Maciej Rysiewicz