Monika Horna-Cieślak, znana jako „rzeźnik praw dziecka”, do dymisji a potem do więzienia

Prokuratura Okręgowa w Warszawie

Chocimska 28, 00-791 Warszawa

 

ZAWIADOMIENIE

o możliwości popełnienia przestępstwa z art. 231 §1 i §2 Kodeksu karnego

(przekroczenie uprawnień przez funkcjonariusza publicznego – działanie na szkodę interesu prywatnego i publicznego, w tym w celu osiągnięcia korzyści osobistej)

Zawiadamiający: Grzegorz Michał Braun, polski Poseł do Parlamentu Europejskiego, prezes Konfederacji Korony Polskiej.

Osoba, której dotyczy zawiadomienie: Monika Horna-Cieślak, Rzecznik Praw Dziecka Rzeczypospolitej Polskiej, funkcjonariusz publiczny w rozumieniu art. 115 §13 pkt 2 i 4 K.k.

Na podstawie art. 304 §1 ustawy z dnia 6 czerwca 1997 r. – Kodeks postępowania karnego składam zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa i wzywam Prokuraturę do natychmiastowego wszczęcia postępowania przygotowawczego.

I. ISTOTA ZARZUTU

Rzecznik Praw Dziecka – organ powołany do strzeżenia najsłabszych – obrócił urząd w narzędzie prywatnej urazy i instytucjonalnego gwałtu na rodzinie. Oto, w skrócie, czyn, którego nie sposób nazwać inaczej niż przestępstwem urzędniczym popełnionym w białych rękawiczkach pod pretekstem dbania o „dobro dziecka”.

Zgodnie z informacjami medialnymi, w dniu 14 sierpnia 2026 r. na warszawskiej Białołęce p. Monika Horna-Cieślak, spacerując jako osoba prywatna, wdała się w uliczną sprzeczkę z matką dwojga małych dzieci (lat trzy i cztery). Matka – według własnych, niezbitych przez panią Rzecznik wyjaśnień – szarpnęła dziecko, które wbiegło na jezdnię. Reakcja matki była reakcją strachu o życie dziecka, nie zaś – w żadnym stopniu – aktem o znamionach sadyzmu. Pani Rzecznik poczuła się obrażona wulgarną ripostą i w reakcji na nią uruchomiła cały aparat państwa przeciwko tej jednej rodzinie.

Co niezwykle istotne, ani Policja po pierwszej interwencji, ani kurator sądowy, ani sąd rodzinny nie stwierdzili podstaw do natychmiastowego odebrania dzieci. Mimo to, po osobistym, upartym i zawziętym, a przy tym pozaprocesowym zaangażowaniu samej pani Rzecznik oraz jej biura, rodzice otrzymali nakaz opuszczenia mieszkania i zakaz zbliżania się do własnych dzieci (!!!). Trzylatek i czterolatek trafili do placówki opiekuńczo-wychowawczej. Sąd, gdy sprawa wróciła na wokandę, nakazał natychmiastowy powrót dzieci do domu i w uzasadnieniu – słowami, które powinny spalić uszy każdej przyzwoitej władzy – orzekł, że działania wobec rodziny „mogą nosić wyraźne znamiona przemocy instytucjonalnej”, a „machina państwowa i urzędowa została tu uruchomiona w sposób rażąco nieproporcjonalny do zaistniałego zdarzenia”.

Sąd wskazał wprost na „próbę wykorzystania autorytetu piastowanego urzędu do przeforsowania z góry założonej, na podstawie osobistego poczucia obrażenia przez matkę małoletnich, tezy o konieczności zabrania jej dzieci”.

To nie jest zatem „spór interpretacyjny”. To akt oskarżenia napisany przez sam wymiar sprawiedliwości. Pozostaje tylko, by Prokuratura miała odwagę nazwać rzecz po imieniu i pociągnąć funkcjonariusza publicznego do odpowiedzialności karnej.

II. STAN FAKTYCZNY

Poniższy opis oparty jest na zgodnych doniesieniach ogólnopolskich środków przekazu z dni 23–24 września 2026 r. (w szczególności publikacji portalu Zero.pl z 23 września 2026 r. oraz jej potwierdzeń w Rzeczpospolitej, Wprost, Onet, WP, RMF24, Super Express, Fakt, wPolityce, Fronda, Do Rzeczy i innych), na publicznym stanowisku samej p. Horny-Cieślak, na komunikacie Komendy Stołecznej Policji oraz – co najistotniejsze – na cytowanym w mediach uzasadnieniu sądu rodzinnego.

  1. Incydent uliczny i osobista uraza. 14 sierpnia 2026 r. pani Rzecznik była świadkiem sytuacji, w której matka gwałtownie zareagowała na wbiegnięcie dziecka na jezdnię. Zwróciła matce uwagę. Została w odpowiedzi na to obrażona. Zamiast jednak poprzestać na roli świadka i zwykłym zawiadomieniu, uczyniła z prywatnej urazy program działania całego urzędu.
  2. Pierwsza ocena służb – brak podstaw. Policja sprawdziła rodzinę i nie stwierdziła podstaw do natychmiastowego odebrania dzieci. Sąd rodzinny, po wpłynięciu materiałów, również nie wydał orzeczenia o umieszczeniu dzieci w pieczy. Kurator sądowy, po wywiadzie środowiskowym, stanął na tym samym stanowisku. Oto trzy niezależne ogniwa państwa, które powiedziały: nie.
  3. Niedozwolony nacisk na sąd. Według ustaleń prasy pracownik Biura Rzecznika Praw Dziecka kontaktował się telefonicznie z sędzią wyznaczonym do rozpoznania sprawy, zabiegając o odebranie dzieci. Kontakt ten miał nastąpić jeszcze zanim sąd zdążył wydać pierwsze rozstrzygnięcie, a następnie – po odmowie sądu i po negatywnej ocenie kuratora – ponowiono argumentację za odebraniem. P. Horna-Cieślak publicznie przyznała, że jej biuro kontaktowało się z sędzią dyżurnym. Nazywa to „informowaniem o pilności sprawy”. W państwie prawa telefon urzędu do sędziego w toczącej się sprawie, z tezą o konieczności konkretnego orzeczenia, nie jest grzecznościową komunikacją. Jest zamachem na niezależność sądu.
  4. Nacisk na Policję. Spotkanie z Komendantem Stołecznym. Gdy sąd i kurator okazali się niewygodni, pani Rzecznik nie złożyła broni. W dniu wolnym od pracy stawiła się na posterunku. W spotkaniu – według doniesień – uczestniczył również Komendant Stołeczny Policji Krzysztof Ogroński oraz funkcjonariuszka, która dopiero na skutek tego nacisku wydała wobec rodziców nakaz opuszczenia mieszkania i zakaz zbliżania się do dzieci. Funkcjonariuszka miała zeznać, że w chwili decyzji nie widziała ani dzieci, ani rodziców, oraz że po raz pierwszy w karierze zetknęła się z takimi działaniami wobec jednej rodziny. Oto obraz: urząd Rzecznika, zamiast stać na straży prawa, siada przy stole z komendantem i „załatwia” to, czego nie dał jej sąd.
  5. Skutek: porwanie instytucjonalne dwojga maluchów. Rodzice w tak krótkim czasie nie zdołali zapewnić zastępczej opieki. Dzieci w wieku trzech i czterech lat – dla których, jak napisał sąd, rodzice stanowili „cały dotychczasowy wszechświat” – trafiły do domu dziecka. Sąd ostrzegł przed „potężną, trudną do wyobrażenia traumą”. To nie „procedura”. To wyrwanie maluchy z ramion matki i ojca siłą państwa, po kłótni na ulicy.
  6. Preteksty kompletnie chybione. Jako jeden z argumentów za rozdzieleniem rodziny wskazywano dwie butelki piwa znalezione w mieszkaniu (!!!). Sąd nazwał ten argument „całkowicie chybionym i wręcz absurdalnym”: rodziców nie zastano pod wpływem alkoholu, pies tropiący nie wykrył substancji zakazanych. Dawna karalność ojca, który karę odbył, a jego czyny nie dotyczyły rodziny ani dzieci, również nie stanowiła podstawy do odebrania maluchów. Reszta to dymna zasłona: Niebieska Karta i „materiały z 2025 r.”, które – jeśli nawet istniały – były już znane służbom i sądowi, a mimo to nie uzasadniały natychmiastowego rozdzielenia. Gdyby uzasadniały, sąd i kurator nie powiedzieliby „nie”.
  7. Sąd oddaje dzieci i piętnuje urząd. Sąd nakazał natychmiastowe wydanie dzieci rodzicom, z rygorem natychmiastowej wykonalności, mimo policyjnych zakazów. W uzasadnieniu sędzia nie ograniczył się do uchylenia środków. Oskarżył aparat o przemoc instytucjonalną, o rażącą nieproporcjonalność i o próbę użycia autorytetu urzędu do przepchnięcia tezy zrodzonej z osobistego poczucia urażenia. Sąd skierował do pani Rzecznik „wielką prośbę, a wręcz gorące błaganie”, by tę samą żarliwość, z jaką pchała dzieci do placówki, obróciła ku naprawie warszawskiej pieczy zastępczej – zamiast fundować maluchom traumę pozaprocesowymi, pospiesznymi czynnościami.

III. KWALIFIKACJA PRAWNA

Art. 231 §1 K.k. stanowi: funkcjonariusz publiczny, który, przekraczając swoje uprawnienia lub nie dopełniając obowiązków, działa na szkodę interesu publicznego lub prywatnego, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3.

Art. 231 §2 K.k. zaostrza odpowiedzialność, gdy sprawca dopuszcza się czynu w celu osiągnięcia korzyści majątkowej lub osobistej – kara od roku do lat 10 pozbawienia wolności.

Wszystkie wyżej przywołane znamiona obu typów czynu zabronionego zachodzą w niniejszej sprawie.

  1. Podmiot. Rzecznik Praw Dziecka jest funkcjonariuszem publicznym. Urząd ten korzysta z władztwa publicznego, z uprawnień procesowych i z autorytetu państwa. Nie jest to „zwykły obywatel na spacerze”. Gdy p. Horna-Cieślak działa jako RPD – a tak działała od chwili zawiadomienia Policji, poprzez telefony Biura do sądu, aż po stawiennictwo na posterunku z komendantem – działa jako funkcjonariusz.
  2. Przekroczenie uprawnień. Ustawa o Rzeczniku Praw Dziecka daje mu prawo badać sprawy, żądać wyjaśnień, występować do organów, zgłaszać udział w postępowaniach. Nie daje mu prawa: zastępować sąd rodzinny, wydawać de facto wyroków o odebraniu dzieci, wywierać presji telefonicznej na sędziego w toczącej się sprawie, zasiadać z komendantem stołecznym w celu wymuszenia decyzji, której nie dał sąd ani kurator, czynić z urzędu narzędzia prywatnej satysfakcji po ulicznej zniewadze. RPD nie jest nadpolicją, nadsądem ani prywatnym inkwizytorem rodzin. Autorytet urzędu kończy się tam, gdzie zaczyna się samowola urzędnicza.
  3. Szkoda prywatna. Dwoje malutkich dzieci wyrwano z domu i wrzucono do obcej instytucji. Rodziców odseparowano od potomstwa nakazem i zakazem. Sąd sam nazwał to traumą „trudną do wyobrażenia”. Dobro dziecka – to zaklęcie, którym od lat lewicowy aparat usprawiedliwia rozbijanie rodzin – zostało tu użyte przeciwko dziecku. Szkoda jest oczywista, konkretna, wyjątkowo ciężka i już stwierdzona sądowo. A nadto dokonana na dzieciach – które pani Rzecznik miała chronić.
  4. Szkoda publiczna. Zdruzgotano zaufanie do urzędu, który miał chronić dzieci, a okazał się rycerzem własnej ambicji i lewackich urojeń. Podważono niezależność sądu. Zohydzono Policję, wpychając ją w rolę wykonawcy urzędniczej obsesji motywowanej wyjątkowo niskimi pobudkami personalnymi. Wysłano społeczeństwu sygnał: sprzeciw się funkcjonariuszowi na ulicy – a państwo odbierze ci dzieci. To już nie ochrona małoletnich. To już jawny terror prewencyjny wobec rodzin.
  5. Cel osobisty – art. 231 §2 K.k. Sąd rodzinny nie pozostawił żadnych złudzeń: teza o konieczności zabrania dzieci zrodziła się „na podstawie osobistego poczucia obrażenia przez matkę”. Korzyść osobista w rozumieniu art. 231 §2 K.k. to nie tylko pieniądz. To również satysfakcja, odwet, „wygranie” prywatnego sporu siłą państwa, potwierdzenie własnej racji po doznanej zniewadze. Kto po kłótni na chodniku puszcza w ruch komendanta stołecznego i biuro Rzecznika, ten nie służy dziecku. Ten dogadza sobie. I to nie przejmując się tym, jak bardzo przy okazji krzywdzi małe dzieci.

Nie uchyla odpowiedzialności powoływanie się na „obowiązek reagowania na przemoc”. Reagować – tak. Zawiadomić Policję – tak. Ale po tym, jak Policja, kurator i sąd powiedzieli „nie”, dalsze forsowanie tezy pozaprocesowymi telefonami i osobistym stawiennictwem u komendanta jest już nie reakcją, lecz uzurpacją.

IV. PRZEMOC INSTYTUCJONALNA I NACISK NA ORGANY PAŃSTWA

Słowa „przemoc instytucjonalna” nie wyszły z ust politycznego przeciwnika. Wyszły z uzasadnienia sądu Rzeczypospolitej Polskiej. Prokuratura, która by je zignorowała, stałaby się współuczestnikiem tej przemocy.

Przemoc instytucjonalna polega tu na tym, że organ powołany do ochrony dziecka:

– uczynił z personalnego incydentu ulicznego pretekst do rozbicia rodziny;

– zignorował ocenę Policji, kuratora i sądu;

– użył telefonów Biura do sędziego, by wpłynąć na treść orzeczenia;

– osobiście zjawił się na posterunku w obecności Komendanta Stołecznego Policji, po czym wymusił decyzję, o którą zabiegał na „prawie” prywatnej msty od chwili kłótni;

– doprowadził do umieszczenia trzylatka i czterolatka w placówce bez prawomocnego orzeczenia sądu o pozbawieniu lub ograniczeniu władzy rodzicielskiej;

– publicznie osłaniał te działania retoryką „walki z przemocą”, podczas gdy sąd nazwał je rażąco nieproporcjonalnymi i noszącymi znamiona przemocy – tu: instytucjonalnej.

Trudno zaiste o bardziej jaskrawy schemat i przykład nadużycia władzy: najpierw osobista uraza, potem narracja, potem telefon, potem gabinet komendanta, potem dzieci w placówce, a na końcu obłudna konferencja o „stawaniu po stronie dziecka”. W III RP widzieliśmy to wielokrotnie. Różnica jest taka, że tym razem sąd zdążył powiedzieć prawdę, zanim machina pseudowładzy zdążyła zmielić rodzinę do końca.

Nacisk na sąd jest szczególnie obrzydliwy i nikczemny. Sędzia nie jest urzędnikiem Rzecznika. Nie przyjmuje instrukcji z Biura RPD. Każdy pozbawiony właściwych ram formalnoprawnych nacisk – tu: telefon „informujący o pilności” i „przekazujący stanowisko” w sprawie, w której urząd jest de facto stroną (bo to RPD wszczął lawinę) stanowi niedozwolone oddziaływanie na organ wymiaru sprawiedliwości. W państwie, które nie jest bananową republiką, takie praktyki kończą się nie konferencją prasową, lecz aktem oskarżenia.

Nacisk na Policję jest nie mniej ciężki, a przy tym jeszcze bardziej obrzydliwy. Komendant stołeczny nie po to nosi mundur, by asystować urzędniczce w realizacji prywatnego scenariusza osobistego odwetu. Funkcjonariuszka wydająca nakaz i zakaz, nie widząc nawet rodziny, stała się prywatnym narzędziem w rękach pani Rzecznik. Narzędzia też ponoszą odpowiedzialność – ale ręka, która nimi porusza, winna ponosić ją jako pierwsza.

  1. UWAGI CO DO OBRONY POKĄTNEJ
  2. Horna-Cieślak ogłosiła, że „była świadkiem przemocy”, że matka użyła wulgaryzmu wobec dziecka, że Biuro RPD posiada Niebieskie Karty i „materiał z 2025 r.”, że „nie dzwoniła do sędziego osobiście”, tylko „kontaktował się pracownik”, i że „nie było żadnych nacisków”.

Odpowiadam krótko:

Po pierwsze: nawet gdyby matka zachowała się nagannie na ulicy, państwo nie odbiera dzieci za krzyk i szarpnięcie w strachu z powodu wbiegnięcia na jezdnię. Sąd to powiedział. Kurator to powiedział. Pierwsza ocena Policji to powiedziała.

Po drugie: istnienie Niebieskiej Karty nie daje Rzecznikowi licencji na samosąd. Procedura Niebieskiej Karty toczyła się wcześniej, pod nadzorem sądu – i nie skutkowała odebraniem dzieci. Nagłe „odkrycie” starych akt w dniu, w którym Rzeczniczka została zwyzywana, na kilometr śmierdzi pretekstem.

Po trzecie: „nie dzwoniłam osobiście” jest obroną przedszkolaka. Biuro Rzecznika nie jest spółdzielnią ogrodniczą. Działa w imieniu i na polecenie Rzecznika. Telefon pracownika Biura do sędziego w sprawie, którą osobiście prowadzi RPD, jest telefonem urzędu.

Po czwarte: kto po dwukrotnej odmowie sądu i po odmowie kuratora zasiada z komendantem stołecznym i wychodzi z nakazem opuszczenia mieszkania, ten wywierał nacisk. Można to nazywać „troską”. Można to nazywać „pilnością”. Prawnik nazywa to przekroczeniem uprawnień. I to wyjątkowo rażącym.

V. WNIOSKI DOWODWE I PROCESOWE

Wnoszę o:

  1. natychmiastowe wszczęcie śledztwa przeciwko Monice Hornie-Cieślak o czyn z art. 231 §1 K.k., ewentualnie z art. 231 §2 K.k.;
  2. zabezpieczenie w Biurze Rzecznika Praw Dziecka: całej korespondencji, notatek, e-maili, rejestrów połączeń telefonicznych i SMS-ów z okresu od 14 sierpnia 2026 r., w szczególności kontaktów z Sądem Rejonowym właściwym dla Białołęki, z kuratorem, z Komendą Stołeczną Policji, z dzielnicową jednostką Policji oraz z ośrodkiem pomocy społecznej;
  3. zabezpieczenie w Komendzie Stołecznej Policji i właściwej komendzie rejonowej: notatek urzędowych, rozkazów, poleceń, nagrań monitoringu posterunku, ewidencji wejść oraz treści decyzji o nakazie opuszczenia lokalu i zakazie zbliżania się;
  4. wystąpienie do właściwego sądu rodzinnego o udostępnienie akt sprawy opiekuńczej wraz z pełnym uzasadnieniem postanowienia nakazującego powrót dzieci do rodziców;
  5. przesłuchanie w charakterze świadków: sędziego, który wydał postanowienie o zwrocie dzieci; kuratora sądowego; funkcjonariuszki, która wydała nakaz i zakaz; Komendanta Stołecznego Policji Krzysztofa Ogrońskiego; pracowników Biura RPD, którzy kontaktowali się z sądem; rodziców dzieci; ewentualnych świadków incydentu z 14 sierpnia 2026 r.;
  6. uzyskanie bilingów i danych o połączeniach Biura RPD z numerami sądu i Policji w dniach 14–18 sierpnia 2026 r.;
  7. rozważenie przedstawienia zarzutów również innym osobom, które – działając wspólnie i w porozumieniu albo przekraczając własne uprawnienia – współsprawowały skutek w postaci bezprawnego odseparowania dzieci od rodziców;
  8. niedopuszczenie do sytuacji, w której sprawę „załatwi się” wewnętrznym wyjaśnieniem urzędu albo sejmową przepychanką o odwołanie. Odwołanie ze stanowiska nie jest karą za przestępstwo. Jest, co najwyżej, higieną instytucjonalną. Higiena taka nie zastępuje Kodeksu karnego.

VI. SŁOWO KOŃCOWE

Rzeczypospolita Polska nie po to powołała Rzecznika Praw Dziecka, by ten urząd stał się prywatną milicją ideologiczną, która po kłótni na chodniku porywa komuś dzieci do placówki. Nie po to istnieje sąd rodzinny, by urzędnik telefonował do sędziego z „pilnym stanowiskiem”. Nie po to mundur Policji, by komendant stołeczny asystował przy instytucjonalnym, wyjątkowo podłym gwałcie na rodzinie.

Rodzina jest pierwszą i najświętszą wspólnotą Narodu. Kto w imieniu państwa rozrywa trzyletnie dziecko od matki, bo matka nie ukłoniła się urzędniczce na ulicy, ten nie broni dziecka. Ten plami godło.

Sąd już powiedział, że to przemoc instytucjonalna. Sąd już powiedział, że to rażąca nieproporcjonalność. Sąd już powiedział, że jej źródłem było osobiste poczucie urażenia. Prokuratura, która wobec tak jasnego stanu faktycznego umywałaby ręce, stałaby się nie strażnikiem prawa, lecz jego grabarzem.

Żądam śledztwa. Żądam nazwiska na akcie oskarżenia. Żądam, by w tej sprawie nie było świętych krów – ani w Biurze Rzecznika Praw Dziecka, ani w gabinecie Komendanta Stołecznego Policji.

Dość już tego bezprawia w białych rękawiczkach.

Z poważaniem

Grzegorz Braun

Polski Poseł do Parlamentu Europejskiego

Warszawa, dnia 25 września 2026 r.

 

Od redakcji! Źródło – https://www.facebook.com/100044250015125/posts/1660992318719086/?rdid=pyMxE8YthHnQUn2j# i https://www.facebook.com/grzegorz.michal.braun.

 

(Odwiedzono 2 razy, 2 wizyt dzisiaj)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *