
Od redakcji! Teksty Jerzego Karwelisa – zob. https://dziennikzarazy.pl/, wielokrotnie były przywoływane lub cytowane na łamach czasopisma „BOBOWAODNOWA” – zob. https://gorliceiokolice.eu/tag/covid-19/. Dzisiaj przekazuję do wiadomości Czytelników materiał prasowy opisujący szczegóły „operacji specjalnej” Mateusza Morawieckiego i Jarosława Kaczyńskiego, która doprowadziła w Polsce do ponad 200 tysięcy ponadnormatywnych zgonów w czasach tzw. plandemii C-19. Oryginalny tytuł tekstu Jerzego Karwelisa brzmi „Pandemia mniemana. Przyczyny nadmiarowych zgonów”! Tekst został opublikowany w „Tygodniku Lisickiego Do Rzeczy” nr 23/632, 2–8 czerwca 2025, s. 14. Redaktor naczelny czasopisma “BOBOWAODNOWA”, autor materiałów prasowych – zob. https://gorliceiokolice.eu/tag/covid-19/, dedykuje tekst Jerzego Karwelisa lekarzom z Bobowej: Lucynie Broniek i Stanisławowi Langerowi a także politykom: poseł Barbarze Bartuś i upadłemu burmistrzowi Bobowej Wacławowi Ligęzie. A dlaczego zostały wyróżnione (nie pierwszy raz – zob. W piątą rocznicę operacji specjalnej „Plandemia C-19”!) właśnie te osoby? Jak mawia komentator „wma” – kto pomyśli, może zgadnie! Zdjęcie tytułowe zostało zacytowane ze strony – zob. https://wydarzenia.interia.pl/kraj/news-kaczynski-komentuje-sprawe-morawieckiego-zarzuty-sa-absurdal,nId,7895174.
Pandemia mniemana. Przyczyny nadmiarowych zgonów
Nie mogło być pandemii niebezpiecznej dla chorób układu oddechowego, skoro nie wzrosła liczba zapaleń płuc, liczba przypadków ostrej niewydolności oddechowej oraz liczba wykonanych respiratoroterapii. Droga do poznania pełnej prawdy jest jeszcze długa, a zacząć ją wypada od konstatacji, że żadnej pandemii nie było, o czym mówią oficjalne dane.
Ostatnio byliśmy świadkami prób podsumowania pandemii koronawirusa, związanych z piątą rocznicą wprowadzenia stanu epidemii w Polsce. Widzieliśmy (nieliczne) analizy właściwie tylko z jednej – krytycznej odnośnie do reakcji władz – strony. Druga strona w dyskursie o pandemii, a zwłaszcza o działaniach w trakcie jej trwania, przyjmująca oficjalne stanowisko, jakoś dziwnie zamilkła. Można podejrzewać, że ktoś jednak chce, by było „ciszej nad tą trumną”. Bo gdyby było inaczej, bylibyśmy odbiorcami świetlistych dowodów, jak to się władza z medykami starali i ile istnień te działania ocaliły. Nic z tego. Miały być nawet raporty. Jeden na temat pandemii (obiecany przez szefa GIS dr. Grzesiowskiego), drugi o sprawie najbardziej wstydliwej – obiecany przez byłego już ministra Niedzielskiego – o powodach wystąpienia w czasie pandemii ponad 200 tys. zgonów ponadnormatywnych. To znaczy wyjaśnienia fenomenu odejścia tylu ludzi więcej niż w latach poprzednich, ludzi, którzy mogli żyć. Wstydliwość i także brak do dziś takiego raportu zasadzają się na porażającym fakcie, że wśród tylu zgonów jedynie niewielki procent stanowiły „zgony z powodu koronawirusa”, w dodatku nie udowodnionego jako przyczynę śmierci, ale jedynie obecnego w testach. Z niezrozumiałych powodów rozpoznania choroby COVID-19 stawiano wyłącznie na podstawie zawodnych testów. Zasadą było to, że nie wymagano do rozpoznania pełnej diagnostyki lekarskiej. W związku z tym nie wiadomo, ile osób chorowało i ile zmarło na COVID-19. Kto więc, albo i co, zabił tych ludzi?
PANDEMIA TESTÓW
We wskazanych nielicznych analizach brakuje jednej, najważniejszej odpowiedzi: Czy istniały wtedy bezsporne dowody szczególnej zjadliwości wirusa, które uzasadniałyby tak wielkie obostrzenia wynikające z ogłoszenia pandemii? A były to środki niebagatelne – to, że dotyczyły zaczopowania życia gospodarczego (słynne lockdowny), społeczno-rodzinnego (kwarantanny, udział w uroczystościach, w tym religijnych i pogrzebowych, czy zamknięcie szkół i uczelni), to jedno. Ale główne zło to zapaść organizacyjna służby zdrowia, która przyczyniła się do odcięcia pacjentom dostępu do świadczeń zdrowotnych. Nierzadko dotyczyło to osób poważnie chorych. Ale przypomnijmy oficjalną narrację, która kazała tłumaczyć rzekome ofiary „pandemii” jako smutną cenę za ocalenie całej populacji. Jakiś diabełek w skórze mediaworkera ukuł nawet usprawiedliwiający termin „ciche ofiary COVID”. A w związku z tym popatrzmy, czy były jakieś powody do ogłoszenia pandemii w ogóle. WHO zmieniła definicję pandemii. Mówiła ona, że za pandemię uważa się stan, gdy mamy do czynienia z sytuacją, „w której pojawia się nowy wirus grypy, przeciwko któremu populacja nie ma odporności, i który powoduje jednocześnie duże liczby zachorowań i wysoką śmiertelność oraz rozprzestrzenia się globalnie”. Jednak w 2009 r. przy rozpoznaniu wariantu grypy A/H1N1 WHO zmienia na swoich stronach internetowych definicję pandemii: „Pandemia grypy jest ogłaszana, gdy pojawia się nowy wirus grypy, który łatwo przenosi się między ludźmi i rozprzestrzenia się na całym świecie”. Dzięki tej zmianie wirus grypy A/H1N1 o niskiej śmiertelności (poniżej 0,02 proc.) może być ogłoszony za pandemię, gdyż z definicji WHO znika wymóg „wysokiej śmiertelności”. To pozwoliło nie tylko zarobić na „pandemii” kolejnego wariantu sezonowej grypy, lecz także posłużyło uzasadnieniu ogłoszenia pandemii koronawirusa. Definicja oparta jedynie na rozprzestrzenianiu, bez kryterium zjadliwości, pozwala ogłosić nawet pandemię… nieszkodliwych bakterii czy wirusów powszechnie występujących w populacji ludzkiej. I wedle tego ogłoszono pandemię i w Polsce. Do dziś nie ma żadnych badań dokumentujących jakąś szczególnie wysoką śmiertelność z powodu wirusa powodującego COVID-19. Mieliśmy więc do czynienia nie z pandemią niebezpiecznej choroby, ale z pandemią… testów. Skoro nie był to wirus zjadliwy, to co mógł narozrabiać więcej niż sezonowe grypy? Ale – co dziwne – był to pierwszy w świecie wirus dróg oddechowych, którego występowanie badano na całym świecie w populacji rzędu miliardów ludzi. To, że sam test był wysoce zawodny i niemiarodajny, zostało już wtedy omówione, a obecnie ostatecznie udowodnione. A więc panika pandemiczna miała wyłącznie przesłanki propagandowe, oparte nie na zgonach, lecz na słupkach zakażeń wykrywanych w wyniku wysoce wątpliwych procedur.
CZY BYŁY POWODY DO OGŁOSZENIA PANDEMII?
No dobrze, powiedzmy, że nasi decydenci spanikowali, jak reszta świata (co za cudowny fenomen!) ogłosili pandemię i pozamykali kraj oraz służbę zdrowia. Zasadność takiej decyzji sprawdza się prosto – patrzy się na skalę i wymiar objawów oraz dane z pełnej diagnostyki lekarskiej. Zjadliwość wirusa weryfikuje się zaś na podstawie poziomu zgonów. Od razu. Tego jednak nie robiono, a tylko takie działania mogły skorygować nadmiarową reakcję na wirusa, co do którego śmiertelności nie byliśmy pewni. Dane weryfikacyjne leżały na stole rządzących, bo pochodziły od nich. W szczególności takich instytucji jak Główny Inspektor Sanitarny czy Ministerstwo Zdrowia oraz Główny Urząd Statystyczny. Popatrzmy na podstawę: COVID-19 powodował wirusową infekcję prowadzącą do zapalenia płuc. Co mówią statystyki?

Rozpoznane zapalenia płuc (dane Ministerstwa Zdrowia): rok 2018 – 528,5 tys.; rok 2019 – 445,3 tys.; rok 2020 – 299,5 tys. (Tabela 1) Pandemia zaczęła się w marcu 2020 r. i szalała przez trzy kwartały, a tu się okazuje, że skala jej przewidywanych skutków… spadła w stosunku do lat niepandemicznych o prawie 25 proc. A może źle diagnozowali? To jest całkowicie sprzeczne z powszechnie znanym mechanizmem, że jeżeli zwiększa się uwagę diagnostyczną na jakiś problem, to może to fałszywie zwiększyć wykrywalność, ale nie zmniejszyć! Mniejsza liczba przypadków zapalenia płuc całkowicie zaprzecza narzuconej narracji. A więc pójdźmy dalej – ARDS, czyli ostra niewydolność oddechowa, jako efekt ciężkiego przebiegu zapalenia płuc: Rok 2018 – 2837 przypadków; rok 2019 – 2426; feralny rok pandemiczny 2020 – 1969 przypadków. (Tabela 2) A więc spadało. Nie sposób jest założyć, że dane te mogą być wadliwe, ponieważ ARDS jest poważnym stanem pacjenta, a te ewidencjonowane są wyjątkowo skrupulatnie. Wynika z tego, że ta „pandemia” nie przyniosła zwiększenia ryzyka ciężkich zachorowań. Stan pandemii był nadal podtrzymywany. Teraz zweryfikujmy to zgonami na choroby zakaźne: Rok 2017 – 1931 przypadków; rok 2018 – 1831; rok 2019 – 1675; rok 2020 – 1656. (Tabela 3) Czyli mamy szalejącą „pandemię groźnej choroby zakaźnej”, a okazuje się, że zgony z tej przyczyny wręcz… spadają. I rządzący to widzieli, bo przecież, zwłaszcza w pandemii, dane o zgonach z powodu patogenu będącego przyczyną takiego zagrożenia spływały codziennie do centrali. A więc mamy mało efektów wirusa, zgonów nim spowodowanych. Co mamy? Ano (tylko!) rosnące statystyki testów. Można to było na bieżąco weryfikować i uwzględniać w polityce epidemiologicznej, luzując obostrzenia, jednak je… zaostrzano. Nie bez – tym razem – poważnych rezultatów. Zaczęli umierać ludzie. Z powyższych danych wynika, że nie było żadnej pandemii. Nie było żadnego powodu, dla którego trzeba było wprowadzać takie obostrzenia. Żadne dane własne na to nie wskazywały, jedyne, co było realne, to rekomendacje od WHO i panika w mediach. Realne były też wnioski ekspertów – ci są przez nas najęci przecież nie do przepisywania faksów z WHO czy tłumaczenia na polski dyrektyw CDC lub EMA (do tego wystarczy średnio biegła w AI sekretarka), ale do weryfikowania rzeczywistości wedle swojej wiedzy i doświadczenia. I – jak widać – doradzali rządzącym politykę eskalacji pandemicznej, wbrew ogólnodostępnym danym. Nie było żadnych powodów do wszczynania pandemicznej histerii i bolesnych, w tym śmiertelnych, obostrzeń. Nawet gdyby poddać się medialnej histerii – co dla naukowca jest kompletnym blamażem – to już po kilku tygodniach napływu cytowanych danych widać było gołym okiem, że interes trzeba by zwinąć. A koszty takiego zaniechania były potworne.
ALE PRZECIEŻ UMIERALI…
Przecież nasz ogląd mówi, że ludzie umierali. Widzieliśmy to nie tylko w telewizji, lecz także – tak jak nie przymierzając po drugiej wojnie światowej – trudno chyba znaleźć rodzinę w Polsce, która by nie straciła kogoś w pandemii. Jak więc ma to być możliwe, że pandemii miałoby nie być? Przecież sami widzieliśmy, że umierali.
Tak – umierali, ale nie od początku pandemii, kiedy mieliśmy ratunkowe restrykcje, i nie na COVID-19, lecz z powodu zapaści służby zdrowia. Teraz statystyki z GUS. Zgony ogółem, a tych nie da się (jeszcze) oszukać. Zgony w okresie styczeń–wrzesień: rok 2017 – 301 759; 2018 – 309 308; 2019 – 306 748; pandemiczny 2020 – 300 525. (Tabela 4) A więc znowu – mamy pandemię i… umiera nas mniej. Dane te podane są w okresie do września, bo po wrześniu nie wiadomo, dlaczego po siedmiu miesiącach pandemii bez pandemicznych efektów liczba zgonów nagle wystrzeliwuje. Nie może być to spowodowane w góra siedem dni – my zaś zamknięci jesteśmy od ponad siedmiu miesięcy i wirus powinien już się objawić w skali pełnej i powszechnej. Pamiętacie te scenki z przeludnionych szpitali, ludzi wwożonych na łóżkach, maski tlenowe na twarzach przerażonych pacjentów? To była prawda ekranu. A jaka była prawda czasu? Znowu dane MZ: porównanie liczby hospitalizacji w krytycznym okresie początku pandemii (marzec–czerwiec). Rok 2018 – 12 361 028; rok 2019 – 12 399 982; rok pandemiczny 2020 – 9 321 589. (Tabela 5) A więc mamy pandemię, widzimy codziennie dantejskie sceny w transmisji telewizji z sal szpitalnych, a okazuje się, że hospitalizacje spadły o 25 proc.! Taka to pandemia. Jeśli porównać krytyczny okres marzec–czerwiec, to liczba hospitalizacji w pandemicznym roku 2020 spadła o 36 proc. w stosunku do średniej, a w 2021 – hospitalizacja zaczyna rosnąć z 2,6 mln do 3,4 mln, ale wciąż jej daleko do średniej 4,2 mln z lat poprzednich. To wtedy władza się orientuje, że eksterminuje Polaków tą polityką, i łagodzi bariery w dostępie do lecznictwa.
UMIERALI… W DOMACH
Jak to się stało, przecież umierali? I jak, jeśli nie w szpitalach na oddziałach covidowych? Tak, umierali, ale… w domach. Służba zdrowia wywaliła z systemu tylu ludzi z „prawdziwymi” chorobami, robiąc miejsce na puste sale covidowe, że Polacy, nieleczeni, z przerwanymi procedurami i odwlekanymi operacjami, umierali w domach nie na COVID, tylko na zapaść służby zdrowia. Należy przypomnieć – te dane miała cały czas przed oczyma polska służba zdrowia, polityczni decydenci, a zwłaszcza – eksperci. Zgony pozaszpitalne: Okres marzec–wrzesień to lekki wzrost zgonów pozaszpitalnych w stosunku do roku 2019, średnio o 15 proc., ale październik to już wzrost o 82 proc.; listopad – wzrost o 176 proc.; grudzień – plus 100 proc. wzrostu zgonów w domach! (Tabela 6) Widać ten trend na słynnym wykresie.
Należy dodać, że na wykresie „zgony Z COVID” oznaczają zgony z innych przyczyn, a tylko z pozytywnym testem na COVID, „zgony NA COVID” oznaczają, że zmarły niekoniecznie zmarł NA COVID, ale miał w chwili śmierci pozytywny test. W okresie marzec–wrzesień nic się nie dzieje. Można zamknąć pandemię, ale właśnie wtedy zaostrza się kurs – mamy zbieg czterech śmiertelnych procedur. Pierwsza to triaż na szpitalnej bramie – oddziela się tych naznaczonych (nawet bezobjawowo), których jako covidowo pozytywnych wylosowała maszynka testująca, od tych szczęściarzy, którzy mieli negatywny wynik testów. Tych pierwszych kładzie się na sali covidowej, czyli szerokiej drodze do respiratora, gdyż nie leczyło się ich na choroby, z którymi przyszli, a gorliwie zakażano wirusami szalejącymi po sali. Szczęśliwcy z negatywnym testem lądowali na oddziałach specjalistycznych i leczono ich z powodu ich podstawowych chorób, np. cukrzycy, zawałów serca czy udarów mózgu oraz nowotworów. Drugi aspekt to ujednoimiennianie szpitali, czyli praktyczna likwidacja oddziałów specjalistycznych i przeznaczanie ich na (pustawe) oddziały covidowe, a w związku z tym odsyłanie chorych do domów, przerywanie procedur i odkładanie operacji – źródło fenomenu nagłego wzrostu śmierci pozaszpitalnych. Trzeci aspekt to teleporady, które przegapiały po prostu zwyczajne zapalenia płuc, które bez osłuchania przeradzały się w stany, w których już tylko kosmici mogli cię przewieźć pod respirator. Czwarty, ostateczny czynnik to nieleczenie, łącznie z zakazem (pochodzących od jak najbardziej ekspertów i konsultantów) podawania antybiotyku tym, których można było z całą pewnością (nawet zdalnie) podejrzewać o zwyczajne przekształcanie się wirusowej infekcji w bakteryjne zapalenie płuc. To jest źródło tego fenomenu ponad 200 tys. ponadnormatywnych zgonów i nie trzeba do tego wielkich raportów – wystarczy tylko lektura oficjalnych danych pochodzących z rąk decydentów, którzy nie dość, że na początku pandemicznej paniki dali się uwieść hiobowej narracji, to jeszcze – co jest ich podstawowym obowiązkiem – nie weryfikowali rzetelności swoich (?) decyzji. Polska została potężnie osłabiona. Dojście do tego, czy robili to z gapiostwa, ignorancji czy dlatego, że bali się wycofać z własnych błędów, czy też z innych – powiedzmy – merkantylnych powodów to już jest kwestia do działań aparatu sprawiedliwości. Wiem, że może to brzmieć jak naiwna bajeczka dla dzieci, ale wszystko, co tu napisano, jest analizą oficjalnych danych, a często jest tak, że rozmiar zbrodni jest tak duży, a zwiedzionych jest tak wiele, że nikt nie wyciąga oczywistych wniosków z oficjalnych faktów. A bez tego nie da się wytłumaczyć prawdziwych efektów epidemiologicznie pozornej pandemii. Zbieramy je teraz jako niewytłumaczalne wzrosty różnych choróbsk w grupach wiekowych, których do tej pory nie dotyczyły takie problemy. Jest to wynik długu zdrowotnego nieleczenia i nie diagnozowania przez okres pandemii innych chorób niż nasz wątpliwy bohater. O skutkach powzięcia przez miliardy ludzi nieprzebadanych preparatów molekularnych [zob. https://gorliceiokolice.eu/tag/mrna/ – przyp. redakcja] już nawet nie warto wspominać. Nie mogło być pandemii niebezpiecznej choroby układu oddechowego, skoro nie wzrosła liczba zapaleń płuc, liczba przypadków ostrej niewydolności oddechowej oraz liczba wykonanych respiratoroterapii (wraz z wentylacją mechaniczną). Narzuconej narracji przeczą również dane dotyczące zgonów ogółem, zgonów z powodu chorób zakaźnych i liczba hospitalizacji. Spójne z tym zaprzeczeniem pandemii są również dane dotyczące liczby wykonanych badań obrazowych płuc oraz aktywności pogotowia ratunkowego. Dodatkowym argumentem wiarygodności tych danych jest ich całkowita spójność. Droga do poznania pełnej prawdy jest jeszcze długa, a zacząć ją wypada od dowodnej konstatacji, że żadnej pandemii nie było, o czym mówią oficjalne dane. Bez tego będziemy krążyć jak dzieci we mgle z fiolką testów PCR w ręku.
Jerzy Karwelis




Druga „Plan- Denis” miała być PO „wygranych” Wyborach 🤔🤔przez 🌈 RafaUA..??
https://vm.tiktok.com/ZNdBWFxXC/
Nic dodać, nic ująć.
Katastrofy to dar niebios dla rządzących, a szczególnie rządzących autorytarnie (czyli 3/4 świata). Na wieść o katastrofie rząd dostaje wiatru w żagle i śpieszy z pomocą obywatelom, zwykle przed kamery usłużnych dziennikarzy. Z bólem serca obserwowałem, jak Tamten Rząd eksplodował opiekuńczością sprowadzając maseczki, respiratory i szczepionki. Tak, jakby nawet najlichszy emeryt nie był w stanie wysupłać tych 50 zł i sam sobie nie kupić szczepionki, gdyby zechciał i lekarz rodzinny mu to doradził. Symbolem tego aktywizmu była transmisja z lądowania Antonowa w Warszawie (na marginesie, gdyby polski pilot wykonał takie ciasne zwroty nad miastem, tak dużym samolotem, to by stracił licencję, ale o tym sza).
Czego życzyć Temu Rządowi: upadku meteorytu, wybuch wulkanu, trzęsienia ziemi, może się jeszcze odkują w poparciu społecznym. Makabryczne mam pomysły. Chociaż mieli taką piękną powódź, i to schrzanili. Druga szansa to przymrozki i deszcze. Trzecia dopiero nadejdzie, czyli susza. Mogą się wykazać. Do boju!
Agregaty do sztucznej mgły dla sadowników mogli sprowadzać. Agregat od rządu dla każdej gminy. To by było coś! Tylko samolot muszą zmienić. Niemiecki A-400 by pasował.
Wielowektorowe” kagańce ” – mają uchronić współobywateli przed znacznie czymś gorszym .Zawsze – niewiadoma strachu i to już – tuż , tuż .” Zgrasuje pół Świata ” ( podwykonawca) by zadowolić ” Global Anonima ” . Nie wiedząc o tym , że – Historia wszystko ” przytuli ” . Jak zdąży – rozliczy .