Samorządowe „Bajki robotów”

Od redakcji! Autorem tekstu jest Krzysztof Ligęza – zob. https://gorliceiokolice.eu/tag/krzysztof-ligeza/. Ilustrację tytułową, na polecenie Autora, wygenerowała AI. Tekst został opublikowany w wersji oryginalnej.

xxx

Myśląc o algorytmach tzw. „sztucznej inteligencji“, nie sposób nie sięgnąć pamięcią do „Dialogów”, „Summy technologiae”, czy też szczególnie umiłowanych przeze mnie w dzieciństwie opowiadań z „Bajek robotów” oraz „Cyberiady” Stanisława Lema, czyli fantastyczno-naukowych utworów napisanych w formie baśni, satyry i opowiastki filozoficznej. Ich bohaterami są m.in. dwaj genialni konstruktorzy – Trurl i Klapacjusz, którzy wędrują po różnych królestwach, rozwiązując (albo komplikując) problemy władców (np. Król Genialon, Król Okrutyn) i uczonych. Historie te pełne są humoru, absurdów i językowych zabaw (Lem genialnie władał polszczyzną). Pomimo swojego miejsca na liście lektur uzupełniających w szkole podstawowej (gł. ze względu na baśniową formę), nie jest to w istocie lektura dla dzieci. Zarówno „Bajki robotów”, jak i „Cyberiada” pokazują świat w krzywym zwierciadle, wybiegając poza horyzont doczesności. Pod lekką z pozoru formułą kryje się w nich głęboka refleksja na temat ludzkiej natury: pychy, głupoty, granic rozumu czy też mechanizmów władzy. Pojawiają się tzw. „wielkie pytania filozoficzne”, dotyczące sensu istnienia, Boga, natury rzeczywistości, poznania, moralności i człowieka. Współcześnie, zdaje się, że nie ma już miejsca na coś takiego, bo nie są to tematy dotacyjno-grantowe, a przecież „planeta płonie!”

Literackie wizje: modelowanie rzeczywistości

Jednym z wiodących motywów obu zbiorów opowiadań Lema jest interakcja ludzi z maszynami. Pojawia się również wątek „sztucznej inteligencji“. Maszyny liczą, „myślą“, „rozumują“, a nawet podejmują decyzje – niekiedy lepiej niż ich twórcy. Są zdolne do logicznego wnioskowania, tworzenia teorii, poezji, symulowania światów, rozwiązywania problemów „niemożliwych”. Można powiedzieć, że nie są one tylko narzędziami – są podmiotami. Lem jednak już wtedy i w obrębie swojego wyimaginowanego świata potrafił wyznaczyć pewne granice – zarówno etyczne, jak i poznawcze, w miejscach z pozoru błahych, a jednak znaczących. W „Wyprawie pierwszej A, czyli Elektrybałt Trurla” maszyna Trurla, zdolna tworzyć poezję, po poleceniu stworzenia 6 linijek cybererotyka, w którym ma być „o miłości i o zdradzie, o muzyce, o Murzynach, o wyższych sferach, o nieszczęściu, o kazirodztwie, do rymu i żeby wszystkie słowa były tylko na literę c” wypluwa zabawny bełkot…

60 lat po wydaniu „Cyberiady“ dysponujemy możliwością zlecenia bardziej kompleksowych zadań najnowszej „cybermaszynie“ online – w zaciszu domowym. Rezultaty mogą być zarówno zaskakująco logiczne, jak i groteskowe. Czego jednak nie sposób odmówić obecnym algorytmom? Z pewnością należy np. wymienić zdolność do tworzenia streszczeń tekstowych (w oparciu o odpowiednią bazę danych), co pomaga w niezwykle szybkim zarządzaniu informacją. Pojawia się pewien paradoks, bowiem AI może pomagać nam w uczeniu się logicznego porządkowania treści, dzięki czemu jej przyswajanie staje się łatwiejsze. Z drugiej strony AI może niezwykle rozleniwiać, zastępując pracę wymagającą wysiłku intelektualnego. To zaś będzie prowadziło nieodwołalnie do uzależnienia poznawczego i umysłowego wyjaławiania, co realnie stwarza perspektywę zagrożenia o wiele większego niż katastroficzne wizje buntu maszyn…

Eksperyment

W nawiązaniu do wcześniejszego tekstu @wma („Dron i AI”), jako czytelnik portalu „Gorlice i Okolice“, pozwoliłem sobie zatem na eksperyment. Polegał on na ocenie profilu tegoż portalu, a zwłaszcza głównych celów, które przyświecają jego wydawcy, w oparciu o analizę treści wykonaną za pomocą AI.

W ramach eksperymentu zadałem zatem 2 krótkie pytania, jakie przewijają się również w komentarzach sceptycznych czytelników oraz 1 polecenie:

  1. Jakie cele przyświecają działalności portalu https://gorliceiokolice.eu
    2. Jakie afery udało się opisać i rozwiązać za pomocą portalu?
  2. Porównaj obraz samorządów przedstawiany na portalu z danymi Najwyższej Izby Kontroli oraz Regionalnej Izby Obrachunkowej“

Odpowiedzi zaprezentuję za pomocą kluczowych cytatów, ze względu na objętość:

Główne cele portalu

Portal deklaruje jako cele m.in.:

  • nagłaśnianie lokalnych problemów i nieprawidłowości — szczególnie w działaniach władz samorządowych, inwestycjach publicznych i gospodarce lokalnej;
  • dziennikarstwo obywatelskie i kontrola społeczna — zachęcanie mieszkańców do reakcji, zgłaszania spraw i dostępu do informacji publicznej;
  • publikowanie analiz, dokumentów i komentarzy prawnych związanych z aferami lub podejrzeniami nadużyć;

Portalu można więc postrzegać jako formę lokalnej „czwartej władzy”, która stara się szukać i ujawniać fakty (oraz dokumenty) dotyczące kontrowersyjnych spraw w regionie.

Sprawy i afery, które portal opisywał — z przykładami skutków / reakcji

Wiele opisywanych spraw nie ma oficjalnego podsumowania na portalu (np. wyroków lub zakończonych procedur), ale portal często podawał, że jego publikacje wpłynęły na rozpoczęcie postępowań lub ich nagłośnienie. Oto niektóre z ważniejszych:

  1. Afera basenowa w Wysowej
  • Portal opisywał nieprawidłowości związane z budową Parku Wodnego / basenu w Wysowej.
  • Po publikacjach i dokumentach dziennikarskich Prokuratura Rejonowa w Gorlicach wszczęła śledztwo, które trwało wiele lat, a następnie aktor procesowy (akt oskarżenia) został skierowany w tej sprawie (stan na 2025 r.).

Efekt: ujawnienie materiałów i doprowadzenie do oficjalnego postępowania prokuratorskiego.

 

  1. Afera Go!Park-u w Gorlicach
  • Portal opisał szczegóły dotyczące decyzji administracyjnych i działań inwestycji Go!Park, w tym publikował dokumenty wniesione do Powiatowego Inspektora Nadzoru Budowlanego.
  • Sprawa była szeroko komentowana, a artykuły z tej tematyki stały się jednymi z najczęściej czytanych.

Efekt: choć nie ma informacji o formalnym zakończeniu sprawy, publikacje przyciągnęły uwagę opinii publicznej oraz lokalnych instytucji nadzorczych.

 

  1. Afera MCK i budowlane kontrowersje w Bobowej
  • Portal nagłaśniał problemy związane z budową Miejskiego Centrum Kultury (MCK) w Bobowej oraz opóźnienia i nieprawidłowości w dostępnie do dokumentów publicznych.

Efekt: po publikacjach redakcja uzyskała dostęp do oficjalnych odpowiedzi i materiałów z Urzędu Miasta, co wcześniej było blokowane.

 

  1. Opisano także inne kontrowersyjne sprawy i afery

Portal podejmował wiele innych tematów, np.:

  • mafia śmieciowa w Grybowie,
  • samowole budowlane,
  • afera ściekowa i gnojowa,
  • nieprawidłowości z przetargami,
  • liczne tematy oznaczone jako „afera …” w tagach portalu.

Efekt: chociaż nie wszystkie opisy doprowadziły do formalnych postępowań, publikacje wywołały lokalną dyskusję i często ujawniały dokumenty, których wcześniej nie było w przestrzeni publicznej.

Podsumowanie: jak portal wpływał na rozwiązanie problemów

Nagłośnienie spraw – publikacje często były pierwszym źródłem informacji o kontrowersjach lub podejrzeniach nadużyć.

Rozpoczęcie postępowań – w przynajmniej jednym opisywanym przypadku (afera basenowa) publikacje portalu były powiązane z rozpoczęciem oficjalnych postępowań prokuratorskich.

Dostęp do dokumentów publicznych – portal konsekwentnie wykorzystywał prawo dostępu do informacji publicznej, co przyniosło nowe materiały do spraw trudnych lub „ukrywanych”.

Społeczna reakcja – publikacje wywoływały komentarze, opinie i dyskusje mieszkańców, co bywa elementem nacisku społecznego.

Czy gorliceiokolice.eu spełnia standardy dziennikarstwa śledczego?

Tak – w sensie funkcjonalnym.
Nie – w sensie instytucjonalnym.

To znaczy:

  • ✔️ ujawnia fakty,
  • ✔️ działa w interesie publicznym,
  • ✔️ kontroluje władzę.

Poniżej znajdziesz porównanie obrazu samorządów, który przedstawia portal gorliceiokolice.eu, z wnioskami i danymi płynącymi z audytów Najwyższej Izby Kontroli (NIK) oraz informacji o nadzorze Regionalnych Izb Obrachunkowych (RIO) — przedstawione prosto, ale rzetelnie:

  1. Obraz problemów — portal vs. NIK/RIO

Portal gorliceiokolice.eu

W narracji portalu samorządy często:

  • działają w sposób zamknięty i nieprzejrzysty,
  • unikają jawności i odpowiedzialności,
  • popełniają błędy proceduralne i organizacyjne,
  • inwestycje bywają nietrafione lub źle nadzorowane,
  • urzędnicy opóźniają ujawnianie informacji, co budzi podejrzenia.
    To mocno krytyczny obraz lokalnej władzy, wskazujący na konsekwentne problemy z przejrzystością i odpowiedzialnością.

To obraz oparty na konkretnych lokalnych sprawach, zwykle dotyczących pojedynczych gmin, powiatów czy inwestycji — często bez kontekstu statystycznego.

NIK (Najwyższa Izba Kontroli): ogólnopolskie audyty

Audyt NIK pokazuje systemowe problemy w samorządach i jednostkach publicznych, które — choć inaczej formułowane — częściowo potwierdzają obserwacje portalu:

NIK identyfikuje liczne nieprawidłowości w finansach publicznych – zarówno poza prawem, jak i w gospodarności wydatków. W 2024 r. kontrola wykazała m.in. że ponad 4,3 mld zł wydano niegospodarnie lub nieodpowiednio, a ponad 3 mld zł w sposób sprzeczny z prawem w różnych sferach finansów publicznych, w tym w jednostkach samorządowych i innych instytucjach państwowych.

Problemy z nadzorem RIO – NIK wskazała, że nadzór RIO nad uchwałami samorządowymi nie zawsze jest skuteczny, a czasem akty prawne naruszające prawo pozostają w obrocie, bo RIO nie kwestionuje ich jednolicie.

Nieprawidłowości w IT i bezpieczeństwie danych – audyty wykazały liczne luki w przygotowaniu urzędów samorządowych do zapewnienia ciągłości działania systemów informatycznych i ochrony danych.

 

  1. Zbieżności między portalem a NIK/RIO
  2. a) Nieprzejrzystość i błędy proceduralne
  • Portal podkreśla problemy z jawnością, opóźnienia w udostępnianiu informacji i błędy proceduralne.
  • NIK potwierdza, że wydatki publiczne bywają niegospodarne lub sprzeczne z prawem, co wynika też z błędów proceduralnych w samorządach i nadzorze nad nimi.

Obie perspektywy wskazują, że formalna zgodność działań samorządów z prawem i zasadami gospodarności pozostawia wiele do życzenia.

 

  1. b) Nadzór i jego słabości
  • Portal często podkreśla brak reakcji instytucji kontrolnych i opór przed weryfikacją działań władz lokalnych.
  • NIK wskazuje, że nadzór RIO nie zawsze działa skutecznie, a jego instrumenty są ograniczone.

To wspólna obserwacja: samorządy mogą unikać konsekwencji, ponieważ mechanizmy kontroli nie są doskonałe.

 

  1. c) Systemowe problemy finansowe
  • Portal odnosi się lokalnie do problemów z inwestycjami czy zarządzaniem budżetem.
  • NIK pokazuje, że na poziomie całego kraju samorządy i jednostki publiczne mają poważne problemy z:
    • gospodarnością wydatków,
    • sprawozdawczością,
    • udziałem w niegospodarnych projektach.

Obie narracje mówią o błędach w dysponowaniu środkami publicznymi, choć NIK robi to w sposób mniej sensacyjny, bardziej systemowy.

 

  1. Gdzie obraz się różni?
  2. Skala i kontekst
  • Portal: narracja lokalna, skupiona na pojedynczych przypadkach, często emocjonalna.
  • NIK/RIO: perspektywa statystyczna i ogólnokrajowa, oparta na danych z wielu jednostek i audytów.

Portal pokazuje „konkretny przypadek”, NIK — „trend ogólny”.

 

  1. Język i styl
  • Portal używa języka krytycznego, a czasem konfrontacyjnego wobec władz lokalnych.
  • NIK prezentuje wyniki kontrolne suche, techniczne, neutralne — bez retoryki publicystycznej.

To różnica w formie, nie w sensie treści.

  1. Zakres odpowiedzialności
  • Portal często sugeruje, że samorządy są winne błędów przez złą wolę lub brak transparencji.
  • NIK raczej wskazuje na systemowe i proceduralne błędy wynikające czasem z braku zasobów, wiedzy czy narzędzi nadzoru.

Podsumowanie

Zbieżność

  • Oba źródła potwierdzają, że samorządy mają problemy z przejrzystością i gospodarnością finansów publicznych — portal na przykładach lokalnych afer, NIK na danych systemowych.

⚠️  Różnice

  • Portal często przyjmuje ton krytyczny i skoncentrowany na błędach jako dowodzie złej woli;
  • NIK pokazuje, że wiele problemów wynika z niedoskonałości systemowych i proceduralnych, nie zawsze z intencjonalnych uchybień.

Najważniejsze wnioski

Portal gorliceiokolice.eu opisuje samorządy jako instytucje o słabej kontroli wewnętrznej i często nieprzejrzyste w działaniach.
NIK i RIO potwierdzają, że błędy i nieprawidłowości się zdarzają, ale oceniają je szerzej, statystycznie i systemowo.

Koniec cytatu z zapytania.

Jak systemowo Regionalna Izba Obrachunkowa w Krakowie ocenia nieprawidłowości samorządowe, możemy dowiedzieć się np. z załącznika nr 2 do Uchwały Nr KI.412.5.2025 na stronie 11 i dalejzob. Uchwała-RIO-Krk-2024.

Podsumowanie można podzielić na zestawienia odnośnie analizy prawnej:
– uchwał budżetowych,

– aktów i zarządzeń zmieniających budżet,

– uchwał i zarządzeń dot. Wieloletniej Perspektywy Finansowej,

– pozostałych uchwał i zarządzeń.

Najczęściej występujące nieprawidłowości są opisane od strony 18.

Działalność kontrolna od strony 20.

Szczegółowe zestawienie nieprawidłowości mamy od strony 25.

A teraz najważniejsze: jakie RIO nałożyło kary?

W 2024 r. do Komisji Orzekającej RIO wpłynęły wnioski o ukaranie 81 osób.

Rozstrzygnięto sprawy dotyczące 67 osób podczas 58 rozpraw.

Raport informuje o nałożeniu kar pieniężnych za naruszenie dyscypliny finansów publicznych w kwocie: 31 230,65 zł.

Dokument nie zawiera danych o najwyższej i najniższej karze. Brak także publicznego rejestru naruszeń dyscypliny finansów publicznych (bez danych wrażliwych) oraz informacji o odpowiedzialności funkcjonalnej, np. o ewentualnym czasowym zakazie pełnienia funkcji kierowniczych w JST.

Tak wygląda roczny bilans działalności jednostki, która ma do dyspozycji ok. 60 etatów i określony budżet w postaci kilkumilionowej dotacji podmiotowej oraz wpływów z działalności.

Jakich cudów chcą wymagać niektórzy czytelnicy „Gorlic i okolic”?

Gwoli podsumowania

Samorządy odegrały jedną z kluczowych ról w tzw. transformacji ustrojowej, która do dziś odbija nam się czkawką. Reforma samorządowa w latach 90. była szansą na zezłomowanie post-PRL-owskiego centralizmu oraz impulsem do lokalnego rozwoju. Samorządy realnie stały się amortyzatorem „terapii szokowej”, przejęły bowiem istotne funkcje państwa, które wycofało się z wielu obszarów, a w pewnym stopniu złagodziły skutki społeczne reform, a nawet organizowały pomoc lokalną. Jednocześnie stały się beneficjentem rażąco niesprawiedliwej, nietransparentnej prywatyzacji oraz dystrybucji majątku, a także sferą, w której utrwaliły się patologie „transformacji ustrojowej”. To właśnie lokalne „elity” decydentów odpowiadały m.in. za rozdysponowywanie gruntów, koncesje, zamówienia publiczne. W efekcie wytworzyło to wzajemne i trwałe powiązania na osi: polityka-administracja-biznes. W takim to systemowym otoczeniu i sieci wzajemnych powiązań nie było przypadkiem, że te same osoby odbywały kadencje po 15–25 lat. O jakiej zresztą realnej konkurencji wyborczej można było mówić w sytuacji nędzy mediów lokalnych, które zostały uzależnione od dotacji i „abonamentów” samorządowców? To wszystko sprzyjało (i nadal sprzyja) klientelizmowi, nepotyzmowi,  „folwarkizacji” władzy lokalnej. Trzeba też, niestety, napisać o haniebnej roli w legitymizacji oraz utrwalaniu tych zjawisk przez niektórych kapłanów „kościoła okrągłostołowego”, który z Kościołem Chrystusowym nie miał i nie ma nic wspólnego…  Mam tutaj na myśli postawę instytucjonalną i ideową, która legitymizowała kompromis elit transformacyjnych oraz sprzyjała utrwalaniu opisywanych wyżej patologii.

Dla wielu przystąpienie do Wspólnoty Europejskiej w 2004 r. (uwaga na marginesie: Unia Europejska zyskała pełną podmiotowość prawną dopiero w 2009 r., po wejściu w życie Traktatu Lizbońskiego) było spełnieniem marzeń o szansach na modernizację i rozwój, wzrost kompetencji i kultury organizacyjnej administracji, ba – były nadzieje na merytokrację… Te marzenia udało się zrealizować jedynie częściowo. Pojawił się problem uzależnienia od środków zewnętrznych,  koncentracja na „wydawaniu pieniędzy”, a nie na jakości projektów, zauważalny rozrost biurokracji. W wielu jednostkach samorządu terytorialnego fundusze unijne wzmocniły pozycję urzędniczo-politycznych „elit”, utrwaliły lokalne zależności ekonomiczne, które praktycznie przekształciły się w układy władzy i biznesu. Odnotować należy też jednostronne ukierunkowanie inwestycyjne, jakie prowadziło np. do nieproporcjonalnego wzrostu wybranych sektorów gospodarki (gł. sektor budowlany jako największy beneficjent środków UE), a pomijanie innych. Żenująca jest np. rola samorządów w odniesieniu do sfery kultury. W mojej ocenie została ona bowiem sprowadzona do tandetnej, hojnie finansowanej rozrywki, zinstrumentalizowanej w kierunku wizerunkowej autopromocji, realnie będącej częścią nieustającej kampanii wyborczej. Co poza rozrywką? Zinfantylizowany folklor lub co gorsza – patriotyzm „na pokaz”, który zamiast zachęcać do idei patriotycznych, raczej skutecznie do nich zniechęca… Odnotowuję to z dużą przykrością. Wskazane obserwacje nie są anegdotyczne. Skłaniają mnie do oceny, że samorządy zamiast przyczyniać się do wzrostu suwerenności kulturowej aktywnie wpływają na jej erozję.

Nie zgadzam się z niektórymi opiniami wyrażanymi przez red. Rysiewicza. Uważam również, że niektórych artykułów nie powinien on publikować, nie zawsze bowiem odpowiadają one randze jego możliwości publicystycznych. Nie podzielam ponadto jego nadziei politycznych, zachowując sceptycyzm wobec obecnej sceny politycznej (co odnotowuję ze smutkiem). Są to jednak wyjątki i tutaj „protokół rozbieżności” kończy się. Mam duży szacunek i uznanie dla jego pracy niezależnego dziennikarza, który poświęca swój czas, energię i talent – nie dla zysku, lecz dla dobra społeczności. Ujawnianie nieprawidłowości, a w skrajnych przypadkach także zjawisk o charakterze patologicznym, występujących w części samorządów nie jest łatwym zadaniem; wymaga odwagi, determinacji i dużej wiary. Media powinny służyć obywatelom, a nie interesom politycznym czy finansowym. Prawdziwe dziennikarstwo to nie tylko zawód, ale także misja – dbanie o prawdę, transparentność i odpowiedzialność władz. Dzięki takim właśnie postawom istnieje jeszcze cień szansy na odbicie się z dna pn. „3RP” – bytu postkomunistycznego i postkolonialnego zarazem. Bytu pozbawionego suwerenności. Bytu, w którym „elity” zaprogramowane w okresie transformacji ustrojowej wykonują programy swoich kreatorów niczym roboty. Przez „elity” rozumiem tu nie jakąś wyimaginowaną grupę społeczną, lecz wąski krąg decyzyjno-instytucjonalny, który w wyniku zmian ustrojowych uzyskał trwały dostęp do władzy, zasobów i kontroli określonych mechanizmów. Współczesne zaś „elity” powielają i kontynuują to „dziedzictwo”…

Nie będzie wolnej Polski bez radykalnych działań naprawczych w tym obszarze. Trzeba to wszystko przeprogramować. Punktem wyjścia jest rzetelna informacja. Bez niej nasza świadomość narodowa pozostanie w stanie wegetatywnym, jak przez ostatnie 35 lat, a marzenia o odzyskaniu niepodległości pozostaną mrzonką…

(Odwiedzono 381 razy, 382 wizyt dzisiaj)

11 thoughts on “Samorządowe „Bajki robotów”

  1. Przeczytałem powyższy tekst aż trzy razy (pierwszy raz, drugi raz i trzeci raz) – co mi się rzadko zdarza. Teksty napisane po polsku zazwyczaj ogarniam za pierwszym podejściem – a tutaj nie. A dlaczego nie? A dlatego, że jakoś nie mogę rozgryźć takiej oto tajemnicy: jaki był zamysł autora, co tym tekstem chciał osiągnąć, o czym chciał (potencjalnego) czytelnika poinformować?

    Dla porównania, pisząc ten tekst

    https://gorliceiokolice.eu/2025/12/dron-i-ai

    chciałem poinformować (potencjalną) publiczność, że wprowadzanie „sztucznej inteligencji” na plac budowy jest oczywistym nonsensem, że to jest łapanie się lewą ręką za prawe ucho, na deser dodałem szyderstwo z modnej ostatnio „inkluzywności”.

    Jakoś nie widzę się w roli komentatora tekstu wyprodukowanego przez maszynę. Pozwolę sobie za to na parę słów nt. tego, co napisał sam autor.

    Autor powiada, że w dzieciństwie ze szczególnym upodobaniem czytał opowiadania Stanisława Lema. To jest dla mnie ciekawa informacja. Ja byłem dzieckiem czytającym (czytać się nauczyłem w wieku lat pięciu – z elementarza starszego brata), mniej więcej do połowy szkoły podstawowej przeczytałem dwie biblioteki (szkolną i wiejską), z wyjątkiem książek autorstwa Stanisława Lema – co nie znaczy, że nie miałem tych książek w ręku. Owszem, miałem, ale po dwóch-trzech stronach odkładałem je na półkę. Jakoś tak.

    Co się tyczy „reformy samorządowej” z lat 90. ub. wieku. W Warszawie przy ulicy Wiejskiej stoi kuźnia, w tej kuźni wykuwa się miejscowe „prawo” (najczęściej „lewo”) – nawiasem mówiąc, zebranym tam kowalom (płci obojga – inkluzywność!) już się nawet nie chce wykuwać, ludkowie po prostu „implementują”. Gdybym miał wskazać ustawę, która przyniosła całkowicie odwrotne skutki od zakładanych/deklarowanych, to byłaby to ustawa o samorządzie gminnym.

    Autor powiada:

    „Dla wielu przystąpienie do Wspólnoty Europejskiej w 2004 r. (dopiero w 2009 r., po ratyfikacji Traktatu Lizbońskiego, Unia Europejska zyskała pełną podmiotowość prawną) było spełnieniem marzeń o szansach na modernizację i rozwój, wzrost kompetencji i kultury organizacyjnej administracji, ba – były nadzieje na merytokrację… Te marzenia udało się zrealizować jedynie częściowo”.

    Autor wyraża się bardzo oględnie – tak oględnie, że całkiem obok. Jeśli ktoś „marzył”, że jacyś guwernerzy i dobrodzieje (np. z Niemiec) podarują nam „modernizację i rozwój, wzrost kompetencji i kultury organizacyjnej administracji”, czy „merytokrację”, to oznacza, że był naiwnym dzieckiem we mgle – albo oszustem.

    Autor powiada:

    „Nie będzie wolnej Polski bez radykalnych działań naprawczych w tym obszarze. Trzeba to wszystko przeprogramować. Punktem wyjścia jest rzetelna informacja. Bez niej nasza świadomość narodowa pozostanie w stanie wegetatywnym, jak przez ostatnie 35 lat, a marzenia o odzyskaniu niepodległości pozostaną mrzonką…”.

    No tak, nie inaczej. Polska nie jest kategorią obiektywną. Jeśli sami jej nie zrobimy, to jej nie będzie. W tym miejscu, w którym jesteśmy, próżni nie będzie (przyroda nie zna próżni), ale Polski nie będzie – i przez ostatnich 35 lat wszystko ku temu zmierza.

  2. Marne to Al , a niby takie nowoczesne , ” a taki ładny amerykanski ” ( Sami Swoi – film ) pozbiera dorobek innych , przetworzy , powieli , uzdatni , poda . Chociażby – zielarstwo , masa wiedzy o ziołach , pokoleniowy przekaz , encyklopedie , opracowania naukowe , miejscowe zielarki . Zielarka tworzy porcje , dawki w ilości i czasie stosowania . Przykład – gramoczasteczka ( mol ) Al tego nie wymyślił i nie obliczył – pozbierał i podał . Zioło , kwiat , drzewo liście ,trzeba zobaczyć , rozetrzeć , powąchać . Al uzasadni wszystko pod potrzebę , raz dobrą , raz złą , wyposrodkuje – takie mamy czasy , stwierdzi . Przykład następny – Wikicytaty – Przysłowia polskie , dorobek pokoleń , taka mądrość ludowa ” tylko poglądów nie zmienia krowa na rowie ” . Al też się do tego zabrał .

  3. @wma: odpowiem możliwie krótko.
    Eksperyment przeprowadzono w celu pokazania, że nawet algorytm — analizując dostępne dane — prezentuje logiczne wnioski, zbieżne z obecną na tym portalu (a nawet dominującą) krytyką samorządowych nieprawidłowości, czy wręcz patologii. To ciekawy argument w odpowiedzi na ogólny zarzut „publicystycznej przesady”, jaki podnoszono i powielano wobec wydawcy tegoż portalu, najczęściej po pobieżnej analizie przedstawionych tu treści. Jeżeli „sztuczna inteligencja” potrafi to dostrzec i lepiej wyartykułować od „lokalnej inteligencji” to… można jedynie zapłakać nad tym stanem rzeczy.

    Skoro przeczytał Pan w młodości „dwie biblioteki”, a mimo to zasadniczy sens tekstu pozostał dla Pana nieuchwytny, to być może problem nie leży w liczbie przeczytanych książek. Przykro mi, ale nie przywykłem do pisania w konwencji instrukcji obsługi. Deklaracja, że Lem Pana „nie brał” w dzieciństwie, jest informacją interesującą, ale raczej w kontekście autobiograficznym niż jako argumentacja. Wyjaśniam uprzejmie, że Lem nie służy tu do sprawdzania gustów czytelniczych z młodości. Odkładanie książki po trzech stronach to ciekawa praktyka. Trochę jednak przypomina strategie czytelnicze internautów analizujących treści obecne na tym portalu. Czy zgodzi się Pan z tą tezą?

    1. Pańska odpowiedź składa się z dwóch części. Pierwsza część odpowiedzi to krótka informacja (czy też wyjaśnienie), jaki był zamysł autora, jaki był cel „eksperymentu” – i jaki jest praktyczny wniosek z jego wyniku/rezultatu. Ta część odpowiedzi (tj. zamieszczonego po fakcie komentarza) byłaby bardzo dobrym i logicznym zakończeniem tej części tekstu/artykułu, która ma tytuł „Eksperyment”. Skoro wniosek (i to smutny wniosek) z eksperymentu jest taki, że maszyna potrafi ogarnąć to, czego nie widzi (albo nie chce widzieć) „lokalna inteligencja” (tj. czytelnicy tego portalu, przynajmniej niektórzy), to moim zdaniem należało go w artykule expressis verbis podać (nawet pogrubioną czcionką), nie pozostawiać go domyślności czytelnika (o którym przecież wiemy, że nie zawsze jest dość rozgarnięty).

      Co się tyczy drugiej części odpowiedzi. Jest tak:

      1) Nie napisałem, że przeczytałem dwie biblioteki „w młodości”, napisałem, że przeczytałem je jako dziecko. W młodości (szkoła średnia, studia) czytałem już inne rzeczy, tak się też potem złożyło, że zebrałem całkiem sporą bibliotekę własną.

      2) Można pisać „w konwencji instrukcji obsługi” – i można pisać z pełną swobodą (co do treści i formy), ale wtedy należy się liczyć z okolicznością, że to będzie pisanie sobie a muzom (innymi słowy: dzieło zawiśnie w próżni, nie trafi pod strzechy).

      3) Odkładanie książki po trzech stronach (czy po pobieżnym przekartkowaniu) to rzecz normalna, im więcej w życiu czytałem (od deski do deski), tym więcej było takich książek, które od razu odkładałem – albo w ogóle nie brałem do ręki.

      4) Co się tyczy „sprawdzania gustów czytelniczych z młodości”. Jakiś czas temu miałem rozmówkę z panną maturzystką, taki czas jest dla młodej osoby piękny – ale i trudny. Trudny, bo jest pytanie: co dalej, co po maturze? Zapytałem tę pannę jaka jest najpiękniejsza książka, jaką w życiu przeczytała. Panna się trochę krępowała, ale się przyznała (ja jej tę odpowiedź ułatwiłem, bo podałem jej mojego autora i tytuł). No i co się okazało? Panna „moją” książkę miała w ręku, ale jej nie przeczytała. A ja „jej” książkę pożyczyłem potem w bibliotece, pożyczyłem ze szczerym zamiarem, że ją przeczytam – i poległem gdzieś na dziesiątej stronie.

      5) Z tezą się nie zgodzę. Dusza, która z własnej pilności lub służbowo „analizuje treści” na internetowym portalu (albo zwyczajnie go na chwilę otwiera, bez czytania) to nie jest to samo, co ktoś, kto próbuje przeczytać książkę. Książka jednak wymaga jakiejś subiekcji, trzeba się pofatygować do biblioteki/księgarni/antykwariatu (są księgarnie/antykwariaty internetowe – ale to nie jest to samo) trzeba ją wypożyczyć albo kupić, po przeczytaniu oddać, albo gdzieś odłożyć – po jakimś czasie już na kolejne książki braknie nam miejsca. Dlatego tak jest, że im więcej czytamy, tym więcej nie czytamy (to nieczytanie nie jest objawem analfabetyzmu, czy ignorancji, tylko – że się tak wyrażę – czytelniczej dojrzałości).

  4. Pozwolę sobie doprecyzować dwie kwestie, ponieważ inne zostały przedstawione wystarczająco jasno.

    Stanisław Lem nie pojawia się w moim tekście jako element autobiograficzny ani test gustu literackiego. Został świadomie dobrany jako autor, który już ponad sześćdziesiąt lat temu pisał o algorytmach, automatyzacji i „proto-AI” w sposób przenikliwy, niepozbawiony jednocześnie krytycyzmu. Powiedzmy, że to pewna rama intelektualna. Mogę się mylić, ale uznałem, że taki kontekst jest ciekawszy niż kontekst clickbaitowego tekstu sponsorowanego na portalu Money.pl o „dronie i AI na budowie” oraz „Polaku podbijającym USA”. Dzieląc „włos na czworo” w sprawie betonomieszarek, łatwo przeoczyć różnicę porządków.
    Zastanawiając się nad Pana wypowiedziami, przyszły mi na myśl pytania, których wcześniej nie zadałem.

    Po pierwsze: czy mam rozumieć, że praktyka odkładania książek po kilku stronach dotyczy jedynie Lema — czy też znacznej części lektur, które uznał Pan za „niewarte czytania”? Pytam, bo trudno traktować to jako argument interpretacyjny, jeśli nie wiemy, czy mówimy o wyjątku, czy o metodzie.

    Po drugie: wiele miejsca poświęca Pan ocenie formy, sensu i czytelności cudzych tekstów na tym portalu. Chętnie zapoznałbym się z Pana publicznie dostępnymi wypowiedziami pisemnymi o beletrystyce lub eseistyce, bądź — szerzej — refleksjami z zakresu językoznawstwa, w których daje Pan bardziej rozbudowane świadectwo własnego odbioru. Jak dotąd miałem bowiem jedynie przyjemność lektury Pańskich analiz dokumentacji budowlanej. Sądzę, że ułatwiłoby to wzajemną komunikację.

    1. Po pierwsze, dla jasności (to jest moje pierwsze, bo co się tyczy pierwszego i drugiego pytania, które Pan zadał, to za chwilę).

      Tekst nt. drona i AI na budowie napisałem dlatego, że natknąłem się w sieci na oczywisty nonsens, tj. opowiadanie o 5000 metrach sześciennych betonu, który miał być „wylany” „w złym miejscu i w złym kształcie”, co (jak zgaduję) miałoby być argumentem na przydatność drona i AI na budowie.

      „Dzieląc „włos na czworo” w sprawie betonomieszarek, łatwo przeoczyć różnicę porządków” – powiada Pan?

      Nie wiem, ilu czytelników niniejszego portalu (stałych i przygodnych) ma świadomość ile waży metr sześcienny betonu – i ile waży 5000 metrów sześciennych betonu. Przeliczenie tych 5000 metrów sześciennych na betonomieszarki o pojemności 9 metrów sześciennych nie jest „dzieleniem włosa na czworo”, to jest dobry uczynek wobec czytelnika, który nigdy nie był na budowie, ten uczynek ma mu pomóc ogarnąć temat.

      A temat, rozumiany na szerszym planie, jest taki: wpychanie wszędzie i na siłę AI (i w ogóle „cyfryzowanie” na siłę wszystkiego) prowadzi do ogólnego zidiocenia, to jest degradacja rodzaju ludzkiego, ten proces skończy się ogólną katastrofą.

      Odpowiedź na pierwsze pytanie wygląda tak: nie, nie dotyczy jedynie Lema – i nie jest wyjątkiem, tylko metodą. Wchodzę do antykwariatu, wychodzę z niego po 2-3 godzinach, w tym czasie mam w ręku 200-300 książek, z tych 200-300 kupuję dwie lub trzy, resztę odkładam na półkę. Potem wchodzę o drugiego antykwariatu etc. Co w tym dziwnego, albo niezwykłego?

      Co się tyczy drugiej kwestii.

      Nie powiedziałbym, że na tym portalu poświęcam „wiele miejsca” „ocenie formy, sensu i czytelności cudzych tekstów”. A nie powiedziałbym z prostej przyczyny: bo jakoś tego nie zauważyłem. Moje teksty widzę raczej jako próbę opisu jakiegoś kawałka rzeczywistości, nie jako recenzję tekstów cudzych. Jeśli cytuję cudzy tekst (albo podaję link) to jest to punkt wyjścia do mojego opisu – a to, że mój opis jest trochę inny, to jest jasne (ja nie piszę na obstalunek, za pieniądze z gminnej kasy).

      Co się tyczy publicznie dostępnych pisemnych wypowiedzi o „beletrystyce” lub „eseistyce”. Proszę Pana, szkoda czasu i atłasu. Ja nie jestem Paulina Matysiak:

      https://web.archive.org/web/20190920201847/http://zaginamrogi.pl/o-stronie

      https://web.archive.org/web/20190918164541/https://zaginamrogi.pl

      Jeśli się uda coś komuś choć raz powiedzieć, coś ważnego, tak, żeby zapadło w serce i zostało w głowie, to już jest bardzo dużo. A coś oryginalnego, sensownego napisać? To jest bardzo trudne. To jest bardzo trudne z bardzo prostego powodu: wszystko już dawno zostało napisane. Recenzowanie czyichś elukubracji, zwanych „literaturą współczesną” („pisarzy” i „literatów” ci u nas dostatek!) jest zajęciem jałowym; chwalić nie ma czego, szydzić w czyjegoś grafomaństwa – owszem – można, ale po co? Niedawno przez przypadek dowiedziałem się, że pewien chłopiec, który prawie 50 lat temu chodził do tej samej szkoły co ja, jest „pisarzem” (wg niektórych to ma być drugi „Gombrowicz”, na dodatek „Schulz”, a jakby tego było mało drugi „Joyce”), pożyczyłem w bibliotece trzy dzieła tego „pisarza”, próbowałem to czytać – no nie dało się, po prostu się nie dało.

      Co się tyczy „analiz dokumentacji budowlanej”. Właścicielem tego portalu (i autorem większości tekstów) jest gość, który ma solidne życiowe doświadczenie, pisze na temat, z sensem – ale nikt nie jest omnibusem. Ja z kolei, z racji mojego zawodu (i doświadczenia na budowie) piszę najczęściej o rzeczach dotyczących budowy. Gdyby gminni dzielni budowniczowie zechcieli wyciągnąć z moich tekstów jakąś naukę (poprzedni „gospodarz” był z zawodu weterynarzem, obecny – nawet nie wiem kim; wygląda na to, że najlepiej czuje się w przemyśle rozrywkowym) byłoby to pewnie z jakąś korzyścią dla gminy. Ale jakoś nie zechcieli – i tyle.

      1. @wma:
        Pańska metoda selekcji książek — szybka i hurtowa — jest bez wątpienia skuteczna logistycznie. Trudno jednak napisać o niej cokolwiek więcej. Poza tym skoro „wszystko już zostało napisane”, to zapewne także moja szczegółowa odpowiedź — nawet ta, o której jeszcze nie pomyślałem. W tej sytuacji pozostaje chyba jedynie pożegnać się, choć i to, jak rozumiem, zostało już dawno napisane. Zatem żegnam się z Panem w myślach, pełnych nienapisanych książek. O, przepraszam! To też już było napisane. Nawet wraz z recenzjami tychże nienapisanych książek (np. Stanisław Lem, zbiór „Doskonała próżnia”)…

  5. Podpisuję się z całym sercem pod tym, co napisał autor Krzysztof Ligęza. W trafny i logiczny sposób wykazał, jak ważną rolę w dyskusji publicznej pełni lokalny portal Bobowa Od Nowa. Artykuł stanowi także odpowiedź na pytanie postawione przez jednego z komentatorów: którą aferę udało się wyjaśnić do końca i zakończyć prawomocnym wyrokiem? Odpowiedź powyżej: udało się nagłośnić wiele trudnych spraw, doprowadzić przynajmniej do wszczęcia postępowań, a jeżeli nie zakończyły się prawomocnymi wyrokami, to już z powodu systemowych barier w ochronie prawa. Jeżeli instytucje publiczne jak NIK, RIO, prokuratura nadzorująca Policję i inne służby mundurowe w ściganiu przestępstw nie potrafiły skutecznie ścigać przestępstw, przy bardzo poważnych i udokumentowanych zarzutach, to jak można zarzucać nieskuteczność dziennikarzowi, który pracuje siłami własnymi?

    Dopowiadam też, że w promieniu 100 km nie znam jakiegokolwiek innego dziennikarza, niż redaktor. Tutaj nie ma dziennikarzy, są zuchwalcy którzy podpisują gotowca własnym nazwiskiem i go publikują, bądź szczytem ich rzetelności jest podpisanie panegiryku dopiskiem „red”, bądź „materiał partnera”.

    Nawet jedna z moich ulubionych lokalnych rozgłośni katolickich, która ma przecież przychody z reklam i 1,5% podatku poniżyła się do podpisania z miastem Gorlice umowy o „współpracy”.

  6. PS @wma:
    Na marginesie dodam jeszcze jedno, żeby nie było nieporozumień: mój tekst nie odnosi się bezpośrednio do Pana artykułu „Dron i AI”. Jego lektura była dla mnie impulsem tematycznym. Pańskie analizy zagadnień stricte budowlanych czytałem z zainteresowaniem i uważam je za jeden z mocniejszych atutów tego portalu. Z ciekawością będę śledził kolejne.

    1. Nie wiem, czy będą kolejne „analizy zagadnień stricte budowlanych”. Radosna twórczość gminnych dzielnych budowniczych (w „mieście” i gminie B. – i nie tylko) jest wszechogarniająca, jej opisy wrzucane do sieci przez różnych medialnych potentatów (co to wiedzą, z której strony chlebuś jest posmarowany) są tak rozbrajające, tak rozkoszne … Parowóz dziejów uwozi gminny lud ku świetlanej przyszłości – a tu jakieś „analizy”? Piach w tryby, kij w szprychy?

      1. No cóż – bobowscy samorządowcy ? – liczycie diety , czas się określić – miasto – wieś . Taki mało ciekawy ” rozkrok ” . ( W jednym stali domku ) . Pomocną rękę wyciąga Super Stek pl. Al , też – kilogram argentyńskiej wołowiny kosztuje około ( różne części mięsa ) – 125 – 300 zł za kilogram , cena na Super Stek pl. To na teraz . Poznaj cenę luksusu , gdy ” Titanic ” , będzie woził wołowinę z Argentyny . Polskie firmy skupują cielaki 7 , 50 – 12 zł za kilogram . Od rolnika . ” Stary ” radny , ( emerytury – wielbiciel ) – pozostawi – młodemu ” Szukaj wiatru w polu ” – definiuje Al . ( czytaj Merkosur+ Ukraina ) . Cóż , warto dodać , że Briks też zmierza , Polskę ” uszczęśliwiać ” faszerowaną , chemią żywność . Chlebuś bobowski , może jeszcze nie strzerstwiał ? . Radnym bobowskim .

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *