
Od redakcji! Autorem tekstu jest komentator „wma” – zob. https://gorliceiokolice.eu/tag/wma/. Na powyższym obrazku tytułowy medalista.
xxx
Mamy oto trzech księży: księdza, który został w bestialski sposób zamordowany, księdza, który został ciężko zraniony i znalazł się na krawędzi śmierci – i księdza co ma … limo pod okiem. Wszyscy trzej mieli pecha, pech polegał na tym, że ich życiorys przeciął się z życiorysem jednego Ukraińca. A w jakiej kolejności się przeciął, innymi słowy: w jakiej kolejności doszło do – że się tak wyrażę – interakcji między nimi a tym Ukraińcem? Ksiądz, co ma limo pod okiem był pierwszy, drugi, czy trzeci? To jest zasadnicza różnica, w szczególności wobec okoliczności, że został potem medalistą, że awansował na „nadzieję polskiego Kościoła”:
https://gorliceiokolice.eu/2026/09/medalista/
i doczekał się pochwały od ukraińskiego ambasadora:
https://gorliceiokolice.eu/2026/09/swiat-wedlug-ambasadora-ukrainy/
W sieci jest prawdziwy wysyp „naocznych świadków”, ci z pełnym przekonaniem i z przejęciem opowiadają, co na „własne oczy” widzieli. Rzecz w tym, że te opowieści, wrzucane do sieci przez różnych „dziennikarzy”, są ze sobą sprzeczne. Kto może – i powinien – ustalić, co się rzeczywiście w tym „opactwie” wydarzyło? To jest jasne: prokurator. Jarosławski prokurator (rejonowy) w rzeczy samej wszczął „energiczne” śledztwo, ale po kilku dniach utracił je na rzecz prokuratora przemyskiego (okręgowego). Ta zmiana ma pewnie oznaczać, że śledztwo stanie się jeszcze bardziej „energiczne”, a wszystkie okoliczności ostatnich wydarzeń w jarosławskim „opactwie” (czytaj: domu gościnnym, gospodzie, zajeździe, ochronce, stancji, przytułku dla „braci” z krainy U) zostaną dogłębnie wyjaśnione. Jeśli tak ma być w istocie, to przemyski prokurator będzie musiał w pierwszej kolejności znaleźć odpowiedź na pytanie, który ksiądz jako pierwszy miał okoliczność z agresywnym, pobudzonym Ukraińcem: czy ksiądz, który został w bestialski sposób zamordowany, czy ksiądz, który został ciężko zraniony, czy ksiądz, który teraz paraduje z limem pod okiem. Jeśli pierwszy był ksiądz, który teraz paraduje z limem po okiem, to należy znaleźć odpowiedź na takie dwa pytania:
pierwsze pytanie: czy Ihor M. wchodząc w interakcję z Adrianem M. miał w ręku nóż,
drugie pytanie: kto, kiedy i w jakim sposobie wezwał do „opactwa” policję.
Co się tyczy pytania pierwszego. Na to pytanie możliwe są dwie odpowiedzi:
a) miał,
b) nie miał.
Ad. a) Jeśli Ihor M., wchodząc w interakcję z Adrianem M., miał w ręku nóż, to jak to się stało, że tegoż Adriana M. tym nożem nie potraktował – skoro dwóch innych księży, do tego dwie osoby świeckie, pracowicie i z upodobaniem rezał – w jednym przypadku ze skutkiem śmiertelnym. Z drugiej strony jak to się stało, że Adrian M., widząc intruza (osobnika, którego – jak rozumiem – nigdy wcześniej na oczy nie widział), łażącego z nożem w garści po klasztornych pomieszczeniach (do których – jak rozumiem – obcy ludzie nie mają wstępu) nie zadzwonił na 997? A może jednak zadzwonił?
Ad. b) Jeśli Ihor M., wchodząc w interakcję z Adrianem M., nie miał noża, to jak to się stało, że ów Adrian M., zebrawszy od tegoż Ihora M. po gębie, pozwolił mu spokojnie odejść, nie stawiając mu w jego dalszych czynnościach żadnych przeszkód. A może jednak stawiał jakieś przeszkody, np. w postaci własnej cielesnej (zwalistej) powłoki? Jeśli Adrian M. (grubo ponad 100 kg wagi!) się Ihora M. przestraszył, jeśli obawa o własne zdrowie (i urodę) Adriana M. sparaliżowała, to chyba nie do tego stopnia, żeby nie był w stanie zadzwonić (albo polecić komuś zadzwonić) na 997. Zadzwonić po to, żeby policja agresywnego intruza z terenu „opactwa” usunęła. No to jak, Adrian M. uczynił coś w tym kierunku, żeby agresywny, pobudzony Ukrainiec po „opactwie” nie łaził – czy nie uczynił?
Co się tyczy pytania drugiego.
W „opactwie” pojawiła się policja. Jasne jest, że nie pojawiła się z własnej pilności, czy na skutek telepatii. Pojawiła się, bo ktoś ją do „opactwa” telefonicznie wezwał. Bezwzględnie należy ustalić (i nie jest to trudne, rozmowy z policją są rejestrowane) kto to był – i kiedy i w jakim sposobie to uczynił. Jeśli tych wezwań/zgłoszeń było kilka, to należy ustalić kto był pierwszy (i co gadał), kto był drugi (i co gadał), kto był trzeci (i co gadał) etc. W jakim momencie zamieszania pojawiło się pierwsze wezwanie: czy zanim stało się coś nieodwracalnego, czy w trakcie krwawej jatki, czy już po fakcie, jak już w ogólności było po wszystkim. Kolejne wezwania mogły wyglądać tak:
… a przyjedźcie, bo po naszym opactwie łazi jakiś intruz, gość jest jakiś dziwny, nie można się z nim dogadać, wyprowadźcie go stąd, zanim coś zmaluje … (to jest wezwanie profilaktyczne),
… przyjeżdżajcie szybko, w opactwie pojawił się jakiś oprych, gość jest agresywny, uderzył księdza, z kuchni zabrał nóż, może być nieszczęście … (wezwanie, którego nie można zignorować, rzecz wygląda poważnie),
… ratunku, ratunku, bandyta lata z nożem, chlasta tym nożem na prawo i lewo, krew się leje … (wezwanie rozpaczliwe, ewidentnie spóźnione),
… a przyjedźcie tutaj, macie robotę, trzeba stąd zabrać jednego zabójcę … (to już nie jest wezwanie na „interwencję”, to już jest zwykłe zgłoszenie po fakcie).
Jeśli się okaże, że pierwsze wezwanie było w typie
… ratunku, ratunku, bandyta lata z nożem, chlasta tym nożem na prawo i lewo, krew się leje …
to oznacza, że z dobrodziejami w tym „opactwie” (czytaj: ochronce dla „braci” z krainy U) coś jest nie tak (tj. raczej nie nadają się do prowadzenia działalności, której się nieopatrznie podjęli) – i przemyski okręgowy prokurator będzie musiał tę okoliczność jakoś zinterpretować, jakoś osadzić w prawnych realiach. No i będzie musiał ocenić, czy zostały wyczerpane jakieś „znamiona” (zaniechanie, rażące zaniedbanie, narażenie na niebezpieczeństwo – coś na ten strój).
wma




Jedna z wersji. Pewnie nie leżąca daleko od prawdy. Ukraińskie chucherko zaatakowało w kuchni szklanym wazonem polskiego Goliata w osobie księdza Adriana. Ksiądz Adrian zachował się „po chrześcijańsku” i w żaden sposób nie naruszył osoby atakującej po czym zabarykadował się w pokoju obok. Ukrainiec wziął z tej kuchni nóż i poszedł riezać. Jak się wszystko skończyło ksiądz Adrian wyszedł z ukrycia i wybaczył napastnikowi. I teraz się z tym obnosi. Mówi się, że zachował się po chrześcijańsku.
Jedna uwaga. To podobno nie był szklany wazon, tylko dzbanek – a Adrian M., „światło i nadzieja polskiego Kościoła”, wziął się w kuchni (czy też w pobliżu kuchni) stąd, że śniadał (nie wątpię, że akurat o tej czynności – i w tym dniu, i każdym innym – nie zapomniał).
https://sjp.pwn.pl/doroszewski/%C5%9Bniada%C4%87;5505704
Stare piękne słowo. I tego śniadania mu nie żałuję. Ale jak już Pan pisał wcześniej przy tej posturze ….