Oko za oko, ząb za ząb, czyli moja samorządowa historia

Od redakcji! Autorem artykułu jest Alicja Nowak z Gorlic – zob. https://gorliceiokolice.eu/tag/alicja-nowak/.

SAMORZĄDOWE UKŁADANKI

Czas wyborczy to zbiór niespełnianych obietnic, bo ani kandydujący do sejmu czy senatu, ani kandydaci na radnych nie są w stanie zrobić tego, co obiecują. Jeden głos nic nie znaczy. Tak jest na Wiejskiej, tak jest w samorządzie. Władzę ma ten, kto dogada się z większością. Kluczem do sukcesu jest koalicja. Kiedyś liczono szable, teraz podniesione w geście poparcia ręce. Przewaga to lepiej opłacane funkcje, większy prestiż, przynajmniej tak się niektórym wydaje. Nie ma nic za darmo, zawsze jest coś za coś. Po targach o stołki zaczyna się tak zwana samorządność, czyli popieranie we wszystkich kwestiach burmistrza. Tym to sposobem przewodniczącym rady zostaje osoba przez niego wskazana, to samo z przewodniczącymi poszczególnych komisji. Nie liczy się rozum, kompetencje, ilość głosów otrzymanych w wyborach, ale układ. W Gorlicach nie jest inaczej. Nie było takiego przypadku, żeby jakikolwiek  przewodniczący rady był w opozycji do któregokolwiek z burmistrzów, dotyczy to też prezydium rady. Brak subordynacji kończy się odwołaniem. Krótka piłka: uchwała, głosowanie, wypad. W praktyce samorządność i demokracja to mit. W większości gmin panuje dyktatura. Za brak subordynacji płaci się czasem wysoką cenę. Władza bywa mściwa, a narzędzia do tego ma różnorodne. Jesteś w opozycji, nic nie załatwisz, jesteś częścią rządzącej grupy możesz coś zdziałać, przede wszystkim dla siebie. Najczęściej stosowaną samorządową „walutą” jest praca czy awans dla radnego lub członków jego rodziny. Jesteś poza uprzywilejowanym kręgiem, na przywileje szlaban. Te argumenty sznurują usta i obligują do głosowania, kiedy jest taka potrzeba, na „tak”.

HISTORIA JEDNEGO PODPISU

Moją przygodę z Radą Miasta Gorlice zainspirował jeden podpis. Pewnego razu zgłosił się do mnie miejski radny. Miał prośbę. Potrzebował zgody, by na terenie należącej do mnie działki gmina mogła postawić sześć latarni. Zapewniał, że nie poniosę z tego tytułu szkody, a pomogę sąsiadom, którzy na swoich posesjach dla tej inwestycji miejsca nie potrafili znaleźć. – A co mi tam, działka niezabudowana pomogę –  podpisałam. Gdy włączyło mi się myślenie, poszłam do Starostwa, by co do składanych zapewnień  się upewnić. Jakież było moje rozczarowanie, gdy dowiedziałam się, że jeden z  radnych, których do tej pory uważałam za ludzi zaufania publicznego, mnie oszukał. Okazało się bowiem, że podpisując zgodę na miejską inwestycję, ograniczyłam władanie należącą do mnie nieruchomością. Ta sytuacja skłoniła mnie do tego, żeby kandydować do rady, by uczciwie dobro mieszkańców gminy mieć na uwadze. Z czasem dowiedziałam się, że i miejskim urzędnikom wierzyć nie można, ale to temat na inną już historię.

RADNA Z OGŁOSZENIA

Moja droga do Rady Miasta Gorlice nie była standardowa. Bezpartyjna, nauczycielka bez koneksji politycznych czy samorządowych zostałam radną z ogłoszenia. Jakkolwiek dziwnie to brzmi, tak było. O tym, że jedno z ugrupowań politycznych poszukuje kandydatów do rady miasta, wyczytałam w „Gazecie Gorlickiej”. Samorząd nie ma barw politycznych, myślałam, więc obojętne mi było, na jakiej liście się znajdę. Wybiorą, nie wybiorą, spróbuję, pomyślałam. Przynajmniej sprawdzę na ile uśmiechy i okazywana w szkole sympatia uczniów i ich rodziców przełoży się na oddane głosy, bo na tę grupę liczyłam najbardziej, trochę  na znajomych i sąsiadów, ale w sumie wielkich nadziei nie miałam. Okazało się, że zagłosowali i tak w 2006 roku wypowiedziałam słowa ślubowania, obiecując, że będę uczciwie wykonywała powierzoną mi przez wyborców funkcję. I tego starałam się trzymać, za co, jak się z czasem okazało, przyszło mi słono zapłacić.

PIERWSZE STARCIE, CZYLI JAK TO ZA STERKOWICZA BYŁO

Pierwsza moja kadencją była kolejną burmistrza Sterkowicza. Gorlice miały też swojego posła w osobie Witolda Kochana, co w tej części mojej samorządowej historii jest dość istotne. Lekko oszołomiona wyborczym sukcesem zabrałam się do realizacji powierzonych radnym zadań. Szło dobrze, więcej słuchałam niż mówiłam, ale tylko do pewnego momentu.

JAK NIE KIJEM, TO PAŁKĄ

Pewnego dnia o spotkanie poprosiła pewna Gorliczanka, wstrząśnięta sytuacją, w jakiej znalazł się senegalski piłkarz, grający w barwach „Glinika”, wyautowany z klubu pod pretekstem złamania obowiązujących zasad. Sprawą się zajęłam. Najpierw rozeznałam sytuację, potem zaczęłam pukać do różnych drzwi z PZPN włącznie. Opublikowałam też artykuł „Zawodnicy czy niewolnicy”, który na Interi360 stał się hitem, sądząc po ilości odsłon. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności do Gorlic, na zaproszenie posła Kochana, przyjechała jego partyjna koleżanka  Róża Thun. Wizyta powiązana była z dużą fetą uwieńczoną koncertem hiphopowym, na który i gościni, tu zastosuję nowomowę, była zaproszona. Celebrację partyjnej – jak się okazało – imprezy rozpoczęło spotkanie z młodzieżą, na które jako radna zostałam zaproszona. Wykorzystałam to, by przedstawić sytuację czarnoskórego zawodnika. Posłanka była poruszona. Zaapelowała do burmistrza i posła, żeby pomogli rozwiązać ten piłkarski węzeł. Panowie pogadali i umówili spotkanie na poniedziałek na godzinę 11. Nie wiem czy do niego doszło. W tym czasie znalazłam się  w gorlickim sądzie, przed którym w trybie przyspieszonym postawiono mojego syna, wolontariusza na owym hiphopowym evencie. Zatrzymany pod pretekstem picia alkoholu przesiedział na dołku 48 godzin, nim sąd przedstawił mu zarzuty. Prokuratura zażądała sześciu miesięcy w zawieszeniu na trzy lata, prac społecznych na rzecz MZUK i podania do publicznej wiadomości, że syn Nowaków to chuligan. Powodem była zielona puszka krążąca po sali, z  której kolejni imprezowicze brali łyka i podawali dalej. Ot, taka moda przed covid panowała wśród młodzieży. Czy było to piwo, czy inny trunek syn się nie dowiedział. Nim wziął łyka ochroniarz błyskawicznie rzucił go o glebę i spętanego wyprowadził z hali. Zbieg okoliczności czy próba rozwiązania problemu przez lokalnych notabli? Może zemsta na matce, która w radzie zbyt dużo się odzywa? Tak to chciano upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu; matkę zastraszyć, zamknąć jej usta, sprawę Senegalczyka wyciszyć. Ot i łapki czyste. Nie udało się. Sprawę Kuli doprowadziłam do szczęśliwego dla chłopaka końca, a po sześciu miesiącach sąd wycofał zarzuty wobec mojego dziecka z braku dowodów i niespójnych zeznań ochroniarzy. Fakty były takie, że dla organizatorów, w tym burmistrza i posła, którzy też tam byli miód i wino pili, stało się lepiej, bo jakby sądy i prokuratura działały jak należy, to przyjrzeliby się nie sprawie puszki piwa, tylko organizacji całej imprezy, przy realizacji której wszystkie zasady ustawy o imprezach masowych złamano.

Każda władza wie, że rodzina to najsłabszy punkt każdego człowieka, zapomina jednak czasami, że atakując dziecko naraża się matce, a ta w obronie swoich młodych gotowa tętnicę przegryźć, ot taka metafora, ale mam nadzieję, że czytelna.

ULICA REYMONTA I „PAŁAC CUDÓW”

Zaczęłam od osobistego wątku dotyczącego współpracy z burmistrzem Sterkowiczem, ale i innych spraw publicznych nie brakowało. Najważniejsza dla mnie była ta dotycząca „Pałacu cudów” jak zwano budynek przy ulicy Reymonta. Władza ignorowała zapisy ustawy rozróżniające trzy typy mieszkań: komunalne, socjalne i tymczasowe. Zapleśniałą ruderę  przy Reymonta traktowano jako socjalny, w rzeczywistości nie spełniał żadnych ustawowych wymogów, chociażby ze względu na stan techniczny. Nikt w nim nie powinien był mieszkać, a znam ludzi, którzy przekoczowali tam kilkanaście, a może i więcej lat. „Sukces ma wielu ojców, porażka jest sierotą”, mówi stare powiedzenie. Myślę jednak, że skutkiem mojej ówczesnej interwencji w krótkim czasie lokatorów stamtąd wyprowadzono, budynek wyremontowano i już  w przyzwoitych warunkach funkcjonuje tam dzisiaj gorlicki MOPS.

Nie lubił mnie Burmistrz Sterkowicz, oj nie lubił. I chociaż wobec mojego syna prokuratura wycofała wszystkie zarzuty, jak brakowało gorlickiemu włodarzowi argumentów, złe wychowanie dziecka mi wytykał. Nie da się ukryć, niesmak po tej kadencji pozostał, ale praca w ówczesnej radzie, rządzonej przez działaczy SLD zaprawiła mnie w samorządowym boju.

RADA MIASTA BEZ KNEBLA

Był to czas niezłej szkoły. Sesje były burzliwe, każdy mógł się wypowiedzieć, Rada Miasta Gorlice miała głos, nie była niema, jak to ma miejsce teraz. Obecnie rolę radnego ograniczono  do podniesienia rąk za, przeciw lub wstrzymuję się, a to zależy już od tego, czy się jest w koalicji czy opozycji.

DEGRADACJA LOKALNEGO RYNKU PRACY

Jakby powiedziałby klasyk rządy burmistrza Sterkowicza miały plusy dodatnie i plusy ujemne. Niestety był to czas, gdy Gorlice zaczęły powoli chylić się ku upadkowi: zlikwidowano PKS, Fabryka Maszyn „Glinik” zamykała swoje podwoje, w stan upadłości postawiono rafinerię „Glimar”, która w okresie około 2-3 lat przed upadłością znajdowała się w czołówce producentów paliw w Polsce. Nie bez znaczenia pozostaje fakt, że w powołanym okresie nie miało miejsca jakiekolwiek załamanie na rynku paliwowym, a spółki naftowe rejestrowały stały i znaczący wzrost zysków. Postępowanie upadłościowe trwało do 2008 roku. Z czasem okazało się, że teren należący do największego gorlickiego pracodawcy stał się gigantycznym składowiskiem odpadów toksycznych, z którymi Miasto do dziś nie może się uporać. Tak czy inaczej był to czas, gdy Gorlice czas prosperity miały za sobą, jednak winy gorlickich władz samorządowych w tym przypadku trudno się dopatrywać, za wyjątkiem oddania w prywatne ręce terenów dworca autobusowego, a i o likwidację torów kolejowych zabiegał w sejmie poseł Kochan, w Gorlicach burmistrz Sterkowicz. Na szczęście ten pomysł spalił na panewce. Tory zostały i służą ludności, budynek dworca sprzedano.

TARGOWISKO PRZY JUHASIE

Natomiast likwidacja targowiska przy „Juhasie” to już inna sprawa. W tym czasie, gdy burmistrz Sterkowicz wpadł na pomysł likwidacji targowiska w centrum miasta, Unia dotowała program „Mój Rynek”. Do wzięcia były spore pieniądze, samorząd musiałaby dołożyć niewiele, by zmodernizować centrum pracy dużęj liczby gorlickich rodzin.  Z oferty skorzystało wiele gmin,  chociażby takie miasta jak Tarnów, Zakopane czy Sopot. Rynek w centrum miasta dawał miejsca pracy lokalnym handlowcom,  napędzał klientów też właścicielom sąsiadujących z nim sklepów. Ludzie protestowali. Bezskutecznie. Władza sprzyjała prywatnemu przedsiębiorcy spoza Gorlic.  Rozpoczęto działania pod  inwestycję „Rynek Pogórzański”. Sterkowicz zaczął, Kochan dokończył.

Cdn.

Kadencja 2010 – 2015 w następnym odcinku mojej samorządowej historii

(Odwiedzono 287 razy, 4 wizyt dzisiaj)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *