
Problem jest tak prosty, jak konstrukcja cepa! Burmistrz Wacław Ligęza postanowił ukryć nazwiska pracowników UM w Bobowej, którzy korzystali z samochodu służbowego, w tym kolegi lub koleżanki, z którym/z którą pojechał do Gdyni świętować uroczyste obchody „Pereł Samorządu”. Kto chce znać szczegóły tych wydarzeń może odkurzyć moje archiwalne artykuły:
No i jak burmistrz Wacław Ligęza postanowił ukryć te nazwiska, to wydał dwie sążniste decyzje administracyjne, w których wyłuszczył powody, dla których nazwisk tych pracowników nie może ujawnić. Ten stek bzdur został oparty na tezie, że pracownicy, którzy korzystają z samochodu służbowego „nie pełnią funkcji publicznych ani nie mają związku z pełnieniem tych funkcji, tzn. nie posiadają zakresu kompetencji decyzyjnych ani nie wywierają wpływu na podejmowanie rozstrzygnięć o charakterze władczym (…). A zatem, dowodził dalej burmistrz Wacław Ligęza, takim pracownikom „należy zapewnić ochronę prywatności”.
Z takiej argumentacji można już tylko wnioskować, że Urząd Miejski w Bobowej, to prywatny folwark burmistrza Wacława Ligęzy, a wszyscy pracownicy UM, to fornale naszego włodarza i wara nam od ich prywatności. Muszę przyznać, że takie stanowisko burmistrza Wacława Ligęzy należy uznać za rażąco obraźliwe dla pracowników UM w Bobowej, bo pełnią oni odpowiedzialne funkcje publiczne, ale mogą to robić tylko anonimowo, a zatem pan burmistrz Ligęza zakłada a priori, że pracownicy najprawdopodobniej wstydzą się swoich nazwisk. Idąc dalej tym tokiem rozumowania można także domniemywać, że pracownicy wykonują swoją pracę karygodnie, a skoro karygodnie, to lepiej ukrywać wstydliwie dane osobowe! Po co ma pospólstwo chichotać po kątach.
Mam propozycję! Wszyscy pracownicy UM w Bobowej powinni zostać ponumerowani a na głowy powinni pozakładać kominiarki. Jak anonimowość, to anonimowość. I przychodzi obywatel do UM, i w drzwiach wita go taki zamaskowany pracownik z numerem „2” na piersiach i pyta:
– A wy towarzyszu i obywatelu do kogo?
– Przyszedłem złożyć podanie o audiencję u burmistrza – odpowiada zalękniony petent.
– Po pierwsze, a zapamiętajcie to sobie do końca życia. Burmistrz, to nie burmistrz tylko numer 1. A skoro już to wiecie, to musicie udać się do pokoju nr 2 do pracownika nr 3, który skieruje was do działu nr 4, a tam pracownik nr 5 wyda wam odpowiedni formularz nr 2432 (to na część zaszczytnego miejsca w rankingu biedy gmin w Polsce). Z tym formularzem udacie się do pokoju nr 10 i przekażecie wypełniony formularz pracownikowi nr 9. Jasne? A potem trzeba cierpliwie czekać, bo pracownik nr 25 ma 30 dni na udzielenie odpowiedzi na wasz wniosek.
Mętlik w głowie? Bynajmniej, po miesiącu wszyscy się przyzwyczaimy.
Do dzieła panie burmistrzu. Numerki i kominiarki przydziałowe, to znacznie mniejszy koszt niż ciągłe blokowanie dostępu do informacji publicznej.
Wróćmy do dwóch decyzji SKO w Nowym Sączu. Tutaj dokumenty: 20181114102357200, 20181114102216644.
Wszystko zostało dokładnie opisane przez urzędników SKO a po lekturze będzie jasne o co wnioskował Maciej Rysiewicz, co utajnił burmistrz Wacław Ligęza i dlaczego SKO uchyliło decyzje administracyjne „dobrego gospodarza”.
Kto chce niech czyta i zaśmiewa się, chociaż ja raczej zalecałbym płacz i … zgrzytanie zębów!!!
Od redakcji! Ilustracja tytułowa została zacytowana ze strony, zob. http://www.rynekaptek.pl/po-godzinach/usmiechnij-sie-dzisiaj-swiatowy-dzien-usmiechu,22422.html.



